Napisane przez: Hanuś | 2016/05/04

Przez Jawę i Singapur do Tajlandii

W rejs z Bali do Tajlandii wyruszyliśmy w listopadzie 2015 roku w sześcioosobowym składzie – Roma, Kuba, Filip, Tomek, Mariusz i ja. Opuszczając Bali nie mieliśmy jeszcze dokładnie obmyślonej ruty. Mariusz zastanawiał się pomiędzy odwiedzeniem Kalimantanu, czyli indonezyjskiej części Borneo lub Wysp Belitung. Jawa była pomijana w planach, gdyż Mariusz ze swojej pierwszej wizyty w Indonezji pod koniec lat 80. zapamiętał ją jako potwornie zatłoczoną i gorącą. Mnie kusiło odwiedzenie Borobudur – największej świątyni buddyjskiej na świecie położonej w centralnej części Jawy. Reszta ekipy nie miała szczególnych celów. Roma z Kubą po pobycie na Bali sceptycznie podchodzili do zwiedzania świątyń, a Filip z Tomkiem marzyli o ciszy i spokoju wśród dzikiej przyrody. Przed podjęciem decyzji, czy popłyniemy na północ na Borneo czy na północny-zachód na Belitung, zatrzymaliśmy się na Wyspach Karimunjawa na północ od Jawy. Mieliśmy się tu nacieszyć czystą wodą, ciszą i sielskimi krajobrazami. Po rzuceniu kotwicy wiatr zupełnie ustał stwarzając wymarzone warunki do snorklowania i nurkowania. Gdy tak niespiesznie mijał nam czas, podpłynął do nas mieszkaniec Karimunjawy i przedstawił się jako lokalny przewodnik, który może nam pomóc w zorganizowaniu paliwa, wody, prowiantu, jak również wycieczki na Jawę i do Borobudur. Z Karimunjawy odpływają szybie promy do Jepary położonej na północnym brzegu Jawy, skąd wynajętym samochodem z kierowcą jedzie się na dwudniową wycieczkę w głąb wyspy. No i tak wrócił temat gdzie popłyniemy… Mariusz stwierdził, że możemy popłynąć Katharsis II do Jepary, tam wynająć samochód i pojechać do Borobudur. Gdy Roma zaczęła czytać o tej buddyjskiej świątyni, to stwierdziła, że jednak zmienia nastawienie do wycieczek lądowych, a i Filipa zainteresowała możliwość zobaczenia wnętrza Jawy. I tak znaleźliśmy się w Jepara. Na wycieczkę pojechaliśmy w piątkę, a na łódce został Tomek.
Sama Jepara okazała się spokojnym muzułmańskim miastem, niezwykle uporządkowanym i cichym. Na ulicach dominowały motocykle, rowery i riksze, a samochody były rzadkością. Ład i porządek odzwierciedlały niezwykle czyste ulice, których drzewa i krawężniki były dokładnie pomalowane na różne kolory. Znalezienie tu samochodu do wynajęcia okazało się dużym wyzwaniem. W Internecie przeczytaliśmy informacje, że znajdują się tu wypożyczalnie samochodów, jednak w rzeczywistości nie można ich było namierzyć. W jednym z hoteli udało nam się (poprzez znajomego recepcjonisty) wynająć samochód z kierowcą na trzy dni.
Kilkugodzinna podróż samochodem była nieco męcząca, jednak pozwalała przyjrzeć się tej najbardziej zaludnionej wyspie Indonezji. Wzdłuż głównych dróg biegły gęsto rozsiane miasteczka i wioski. Zielone pola ryżowe, których było tak dużo na Bali, tutaj wcinały się jedynie w wąskie pasma między terenami zurbanizowanymi. Na miejsce dotarliśmy późnym popołudniem, więc na zwiedzanie nie było już sił. Pozostawało nam zrelaksowanie się w cudnym hotelu, z tarasu którego rozpościerał się widok na dżunglę i świątynie Borobudur, nasz cel wycieczki. W przewodnikach wyczytaliśmy, iż najlepszym czasem na zwiedzanie świątyni jest wschód słońca. Na miejsce trzeba wyruszyć jeszcze po ciemku, a o brzasku wspiąć się na najwyższy taras Borobudur, by tam oczekiwać wschodu słońca i podziwiać świątynię w promieniach budzącego się dnia. Tak też postanowiliśmy zrobić. Nasz kierowca miał czekać na nas przed 5 rano. Roma, która wyjątkowo nie lubi wstawać rano, z dużym poświeceniem zerwała się przed świtem i ruszyliśmy na podbój Borobudur. Jeszcze po ciemku mijaliśmy bramę wejściową i o brzasku pokonywaliśmy kolejne stopnie prowadzące na szczyt świątyni. Poza nami było kilkanaście osób. Spodziewałam się zapowiadanych tłumów, jednak o tak wczesnej porze, nie było za wielu turystów. Dopiero, gdy schodziliśmy na dół po wschodzie słońca mijaliśmy się z falą napływających tłumów.
Świątynia zrobiła na mnie duże wrażenie. Kilkadziesiąt stup kamiennych z ukrytymi w nich posągami Buddy zalanych poranną mgłą i otulonych delikatnym światłem tworzyło mistyczną atmosferę. Dżungla na wzgórzach wokół świątyni spała i wszystko dookoła czekało na wschód słońca. Tym razem przyroda nie zorganizowała na niebie spektakularnego widowiska. Bladoczerwone słońce nieśmiało przedzierało się przez gęste chmury i powoli wspinało nad horyzontem, oblewając świątynię ciepłymi promieniami. Niebo pozostawało spowite we mgle. Ja nie potrzebowałam ognia na niebie i malowniczego wschodu, by napawać się atmosferą tego niezwykłego miejsca. Architektura tej świątyni i bogatość płaskorzeźb jest z pewnością oszałamiająca. Dużo znaczenia ma też położenie – na wzgórzu wśród dżungli. Popołudniu pojechaliśmy zobaczyć inną słynną świątynię na Jawie – Prambanan. Jest to największy kompleks świątyń hinduistycznych wybudowanych między VIII a X wiekiem naszej ery. Zewnętrzna cześć z nich ucierpiała podczas trzęsienia ziemi w 2006 roku, niemniej niezniszczona część robi wrażenie i wzbudza szacunek. Jednak położenie świątyni w sąsiedztwie miasta i placu z głośnym festynem nie stwarza nastrojowej atmosfery. Poza tym odnosiłam wrażenie, że Jawajczycy nie darzą tego miejsca specjalnym szacunkiem. Nie wymagane jest tu zasłanianie kolan i ramion, jak ma to miejsce w świątyniach na Bali. Na terenie świątyni i w samych budynkach znajdowało się sporo porozrzucanych śmieci. Jakby muzułmańskie społeczeństwo nie chciało pamiętać o hinduistycznej historii Jawy. Byliśmy wszyscy tym trochę zniesmaczeni.

Po powrocie do Jepary zrobiliśmy zaopatrzenie świeżynki na lokalnych straganach i następnego dnia rano ryszyliśmy w morze. Nie było już czasu na Borneo ani Belitung. Obraliśmy kurs na grupę Wysp Riau, położonych u wejścia do Cieśniny Malaka, gdzie planowaliśmy się odprawić z Indonezji i popłynąć prosto do Tajlandii. W sobotę 6 grudnia Mariuszowi i mi kończyła się wiza indonezyjska, dlatego zależało nam by dopłynąć do mariny w Nangsa jeszcze w czwartek i na piątek umówić się na odprawę. Dotarliśmy na miejsce zgodnie z planem, jednak w Indonezji załatwianie spraw formalnych rządzi się swoimi prawami i okazało się, że w jeden dzień nie uda nam się nic załatwić…. Przedłużenie wizy z dnia na dzień też nie było możliwe, a bez ważnej wizy nie mogliśmy zostać w Indonezji. Na szczęście marina w Batam znajduje się godzinę drogi promem od Singapuru. I w ten sposób władze indonezyjskie zmusiły Mariusza i mnie do wycieczki. Reszta ekipy została na łódce, a my wyskoczyliśmy na weekend do Singapuru.

W poniedziałek udało się już załatwić wszystkie formalności (w jeden dzień!) i we wtorek rano, po zatankowaniu łódki do pełna, ruszyliśmy do Tajlandii. Żegluga przez Cieśninę Malaka wymagała wzmożonej uwagi na wachtach, gdyż roiło się od łodzi rybackich i krewetkowych. Dodatkowo rozpościerały się nad nami burzowe chmury, spod których przychodziły silne szkwały i ulewne deszcze. Do Tajlandii dotarliśmy w piątkowe przedpołudnie 11 grudnia 2015 roku. Kotwicę rzuciliśmy w Zatoce Chalong, gdzie nasz pobyt rozpoczęliśmy, jak zawsze z resztą w nowym kraju, od odprawy. Tym razem musieliśmy zmierzyć się z tajską biurokracją. Jest ona o niebo przychylniejsza dla żeglarzy niż indonezyjska, jednak przepisy zawierają jeden szczególny zapis, którego nieznajomość może okazać się bardzo kosztowna. Wpływając do Tajlandii na jachcie jako załoga, a nie pasażer, trzeba Tajlandię opuścić na pokładzie tego samego jachtu. Żeby wylecieć w takim przypadku samolotem, trzeba ubiegać się w wyznaczonym urzędzie imigracyjnym o zgodę i uiścić kaucję w wysokości 20 000 batów (czyli ponad 2 000 PLN). Ową kwotę można otrzymać z powrotem po powrocie do Tajlandii i zaokrętowaniu się na ten sam jacht. Zważywszy, że wszyscy poza mną wylatywali z Tajlandii przed świętami, a Roma, Kuba i Filip nie planowali do Tajlandii wracać, to na potrzeby odprawy, ja zostałam mianowana kapitanem Katharsis II i jego jedynym członkiem załogi, a reszta widniała na dokumentach jako pasażerowie. Wszystko miało przebiec sprawnie, jednak oficer imigracyjny dostrzegł, że na dokumentach odprawy na wyjście z Indonezji wszyscy byliśmy załogantami… W naszym przypadku nie ma to żadnego znaczenia. Nie jesteśmy jachtem pływającym komercyjnie, tylko prywatnie i zdefiniowanie na liście osób kogoś jako załogant, czy pasażer nie ma najmniejszego znaczenia. Jednak dla urzędnika imigracyjnego był to punkt zaczepny. Było piątkowe popołudnie, a Roma, Kuba i Filip mieli bilety do Polski na poniedziałek. W weekend nie dało by się zezwoleń załatwić, nie mówiąc już o zmarnowanych 60 000 batów. Urzędnik imigracyjny skonsultował sprawę z celnikiem i kazał nam przygotować gotówkę. Czekaliśmy, aż załatwi wszystkich oczekujących w kolejce i na sam koniec dnia, przed zamknięciem urzędu odprawił nas wraz z celnikiem pobierając dodatkową – nieewidencjonowaną opłatą w wysokości 2 000 batów od osoby. Dla nas była to ogromna oszczędność zarówno finansowa, jak i czasowa, więc woleliśmy nie dyskutować z urzędnikami, tylko z uśmiechem uiścić dodatkową opłatę. I tak znaleźliśmy się legalnie w Tajlandii, gdzie Katharsis II spędziła następne cztery miesiące.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: