Napisane przez: Mariusz | 2016/08/15

Praslin

Plaża Oli na Praslin

Plaża Oli na Praslin


Mariusz

Główna grupa wysp seszelskich pamięta jeszcze czasy, gdy dzisiejsza Afryka połączona była z Indiami. Kawał lądu z granitowym masywem górskim podryfował na wschód od Afryki wolniej niż Indie i z czasem zaczął zapadać się. Nad wodą pozostały tylko szczyty gór, tworząc unikalny i pełen dramatyzmu, a zarazem malowniczości krajobraz granitowych wysp seszelskich.
Jedną z ciekawostek Seszeli są największe palmy na świecie – palmy coco de mer. Rosną one do 45 metrów wysokości, a najstarsze okazy mają ponad 800 lat. Dopiero po 25 latach taka palma jest w stanie wytworzyć pierwszy owoc, który potrzebuje z kolei siedmiu lat do osiągnięcia pełnej dojrzałości. Kokosy palm coco de mer są nie tylko największymi ale i najcięższymi (rekordowy owoc ważył 42 kg), będąc w całości wypełnione twardym miąższem kokosowym. Najbardziej fascynującą ludzi cechą jest kształt owocu, przypominający kobiece pośladki. Nazwa „kokos z morza” pochodzi jeszcze z czasów, kiedy nieznane było miejsce, gdzie te kokosy rosły. Fale morskie tu i ówdzie wyrzucały na brzeg owoce o pobudzających wyobraźnię kształtach. Wyobrażano sobie, że palmy rosną na dnie morza i stamtąd wypluwają owoce o niedwuznacznych kształtach. Miały one wtedy olbrzymią wartość, ale i dziś nie należą do tanich, skoro za jedną sztukę trzeba zapłacić ponad 300 Euro.
Miejscem, w którym palmy coco de mer rosną w ilości kilku tysięcy sztuk, jest Valle de Mai (Majowa Dolina) na wyspie Praslin. Nie mogliśmy tego miejsca pominąć. Trochę opóźniałem dopłynięcie na Praslin ze względu na moje problemy z chodzeniem spowodowane zastrzałem w paluchu lewej stopy, który uprzykrzał mi funkcjonowanie od wypłynięcia z Malediwów.
Po opuszczeniu La Digue popłynęliśmy więc w kierunku niewielkiej wyspy Felicite. Przez pierwszy tydzień naszego pobytu na Seszelach towarzyszył nam nietypowy, bo lekki południowo-wschodni wiatr. Umożliwiał on nie tylko łatwą i przyjemną żeglugę pod pełnymi żaglami ale i kotwiczenie w miejscach, które w normalnych warunkach, czyli przy silnym monsunowym wietrze, są bardzo zafalowane. Może stąd baza charterowa na Seszelach składa się prawie wyłącznie z katamaranów, które mniej bujają się na kotwicy. Tak naprawdę Seszele nie oferują wielu komfortowych kotwicowisk i trzeba być przygotowanym na jeżdżące po stole szklanki.
Przy Felicite, która jest prywatną wyspą, lądowanie na brzegu jest zabronione. Stanęliśmy w cieniu północno-zachodniego cypla, by pobaraszkować trochę w wodzie. Ale podobnie jak na Malediwach, przejrzystość wody pozostawiała wiele do życzenia. Najlepszym okresem na nurkowanie są miesiące między monsunami, kiedy woda jest spokojna i widoczność lepsza. Tak ma być na przełomie października i listopada. Rafa koralowa na Seszelach, jak i w całym zachodnim basenie Oceanu Indyjskiego, bardzo ucierpiała w wyniku ocieplenia wód spowodowanym El Nino. Na szczęście bogactwo ryb oraz ciekawe krajobrazy tworzone przez labirynt granitowych głazów umilało nam każde zejście pod wodę, czy to z pełnym akwalungiem czy tylko z maską i rurką. Paweł uparł się, by coś złowić z pokładu. Jedna ławica sporej wielkości ryb (w naszej nomenklaturze – patelniaków) drażniła go, co chwila podpływając do burt Katharsis II. Nie były jednak zainteresowane rozmrożonym mięsem krewetek i Paweł po moczeniu wędki przez dwie godzinny poddał się.
Na Praslin stanęliśmy w trzech miejscach. Zupełnie odpuściliśmy popularną wśród żeglarzy Zatokę św. Anny z małą mariną, ze względu na jej zurbanizowane otoczenie. Zamiast cywilizacji wolałem kotwicowisko z możliwością wskoczenia prosto z burty do lazurowej wody. Wiązało się to co prawda z bardziej uprzykrzającym życie mokrym lądowaniem na brzegu w celu pójścia do Valle de Mai, a nie korzystaniem z komfortu pomostu.
Niewątpliwie malowniczym zakątkiem jest zatoka przy plaży Anse Volbert. Kotwiczenie pomiędzy wysepkami Ilet St Pierre i Chouve Souris okazało się jednak mało przyjemne ze względu na boczną falę. Spokój znaleźliśmy za cyplem przy Anse Petitte Cour. Stamtąd ruszyliśmy do Valle de Mai. Po wylądowaniu na plaży udało nam się znaleźć kierowcę, który z chęcią zawiózł nas do wejścia do doliny, będącej rezerwatem przyrody wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Skorzystaliśmy z usług miejscowego przewodnika, który uprzyjemnił nam czas opowieściami w trakcie spaceru wewnątrz doliny. Dowiedzieliśmy się, że palmy są rodzaju żeńskiego i męskiego. Na męskich rosną owoce przypominające kształtem i wielkością końskie narządy. Żeńskie palmy mają owoce przypominające kiście bułeczek. Co ciekawe dopiero niedawno odkryto, że pyłki z palmy męskiej na żeńską nie są roznoszone przez wiatr ani przez owady, ale przez gekony. Zabawna jest etymologia nazwy palmy seszelskiej. Jej nazwa łacińska lodoicea maldivica sugeruje pochodzenie malediwskie, gdyż u ich brzegów po raz pierwszy wynurzyły się kokosy tej palmy z zatopionego arabskiego statku. Lodoicea jest łacińską odmianą imienia Ludwik, nadaną na cześć francuskiego władcy Ludwika XV. U nas imię Ludwika spolszczono wprost z łaciny i powstała lodoicja seszelska, chociaż równie dobrze mógłby być to ludwik malediwski.
Dżungla palmowa, bo tak chyba można nazwać to miejsce, zrobiła na nas niesamowite wrażenie. Groźne odgłosy wydawały ocierające się o siebie pod wpływem wiatru liście palm. Cały czas towarzyszył nam mroczny i tajemniczy nastrój. Jedynie nieliczne ptaki dodawały kolorytu temu prehistorycznemu miejscu. Nie dostrzegliśmy na ziemi żadnych kokosów. Te są pod ścisłą kontrolą. 80% jest zbieranych, oczyszczanych i sprzedawanych za bajońskie kwoty. Zawartość wnętrza kokosów wędruje do Chin, jako afrodyzjak (chyba mają kompleksy). Reszta pozostawiana jest do zakiełkowania procesu trwającego miesiącami.

Najwięcej radości podczas kotwiczenia przy Praslin sprawił nam pobyt w zatoce przy Anse Lazio na północy, głównie za sprawą niewielkiej plażyczki, którą pierwsza wypatrzyła Ola. Na plaży Oli mogliśmy być sami, gdyż nie ma do niej dojścia z lądu. Urządziliśmy tam piknik, a przy pobliskich skałkach pływaliśmy z żółwiami, kalmarami, płaszczkami i całymi ławicami kolorowych ryb. Miejsce to tak nas urzekło, że postanowiliśmy tu jeszcze wrócić.


Responses

  1. Więcej wpisów i zdjęć, zwłaszcza, że są tak dobre. Poza tym – pięknie jest Was śledzić. Fotograf ( ka) jak zwykle w formie 😛


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: