Napisane przez: Mariusz | 2017/04/30

Początek sezonu żeglarskiego Kapsztad – Seszele

Mariusz:

Za nami najdłuższy, nieplanowany postój Katharsis II w jednym miejscu. Z pospiesznego przeglądu przed wyprawą dookoła Antarktydy przerodził się on w kilkumiesięczny postój i przy okazji spokojny serwis większości instalacji na jachcie. Poza przeglądem takielunku i wymianą kilku jego elementów doszła wymiana wszystkich przewodów hydraulicznych, steru strumieniowego, olinowania i żagli, nie licząc kosmetyki na pokładzie i pod pokładem. Łódka wygląda teraz jak nowa.
Niemało roboty i nerwów mieliśmy z żaglami. Nowe żagle zamówiłem przed rejsem na Antarktydę. Czasu nie było wtedy dużo, ale naciskałem, by chociaż nowa genua dotarła do Kapsztadu przed wyruszeniem na planowaną wyprawę. Z końcem listopada pojawiła się na pokładzie, ale kiedy w lutym zapytałem o termin dostawy reszty żagli okazało się, że produkcja jeszcze nie ruszyła. Zrobiło się nerwowo, zwłaszcza że nowy grot miał być uzupełniony o dodatkowy czwarty ref, który nie jest standardowym rozwiązaniem. Żagle dotarły do Kapsztadu z opóźnieniem, a po ich założeniu okazało się, że grot jest za duży i dwie listwy grota haczą o achtersztag. Groziłoby to ich złamaniem przy zwrocie przez rufę i trzeba było grota poprawiać. Cała ekipa żaglomistrzy została zaangażowana, by przygotować naszego grota do rejsu. Próbne stawianie żagli w marinie napawało optymizmem – ważny będzie jednak test w boju, czyli sprawdzenie żagli w próbnym rejsie z RPA na Seszele.
Gdy pakowaliśmy w Polsce torby na przyjazd do RPA i obserwowaliśmy rejs Lisy Blair – pierwszej kobiety, która chciała samotnie opłynąć Antarktydę i której bardzo kibicowaliśmy, dotarły do nas złe wiadomości…. straciła maszt… Wypadek miał miejsce nie gdzie indziej, tylko na południe od Przylądka Dobrej Nadziei. Lisa świetnie poradziła sobie z tak poważną awarią, postawiła awaryjny takielunek i po kilku dniach dotarła do Kapsztadu, by naprawić uszkodzoną jendostkę. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem jej kunsztu i wytrwałości.
Nasza Katharsis II potrzebuje dobrego testu po wszystkich modyfikacjach, które przeszła przez ostatnie miesiące. Do Kapsztadu zbliża się mokra zima, więc postanowiłem pożeglować na Seszele, by zabrać jacht na spokojne, ciepłe wody i przy okazji sprawdzić ją w trudnym rejsie, jakim jest trasa z Kapsztadu wokół przylądka Dobrej Nadziei i Kanał Mozambicki na Seszele.
Od ponad siedmiu lat żeglujemy razem z Haneczką po morzach i oceanach. Jest ona dla mnie wielkim wsparciem, a po raz pierwszy nie może ze mną popłynąć. Wierzę, że będzie to jedyny etap w naszej przygodzie, w którym nie będzie brała udziału. W przerwie między chemioterapią Hanuś przyjechała ze mną na Katharsis II. Wyprawiliśmy na pokładzie Wielkanoc i trzeba było się żegnać. Ciężko było nam się rozstawać. Ja wpadłem z załogą, czyli Tomkiem, moją siostrą Romką, jej mężem Kubą i jego bratankiem Filipem w wir przygotowań. Każdego dnia sprawdzaliśmy wszystkie możliwe instalacje na jachcie i dbaliśmy o zaprowiantowanie łódki. Gdy wszystko było już gotowe i sprawdzone, podjęliśmy decyzję o opuszczeniu portu.
Wypłynęliśmy z Kapsztadu w sobotę 29 kwietnia. Pogodę kształtował rozległy wyż z centrum 800 mil na południowy wschód od Kapsztadu. Ustawiał nam nieprzyjemną, podwiatrową jazdę. Postanowiliśmy zmagać się z nim przy pomocy silnika. Kolejny dzień, 30 kwietnia, przyniósł dominujący północno wschodni wiatr neutralizowany przez kolejny jesienny niż z Oceanu Południowego, który próbuje wbić się w ten wyżowy układ. Zazwyczaj niże nie są mile widziane przez żeglarzy, ale w tym przypadku pozwalają nam posuwać się w planowanym kierunku. Za nami Przylądek Dobrej Nadziei i Przylądek Agulhas, a przed nami 200 mil do Port Elizabeth. Ciekawe kiedy uda nam się przetestować nowy ciężki wyprawowy spinaker.

Romka:

6 kwietnia rozpoczął się nietypowy jak na Katharsis II etap, albowiem stacjonarny. Nie było to bynajmniej spowodowane żadną awarią, lecz zaplanowany pobyt w celu przygotowania łódki do wypłynięcia na Seszele, a przy okazji spędzenie wspólnie Świąt Wielkanocnych. Wiadomo było, że Hancia tym razem z nami nie popłynie, a ponieważ pani doktor zgodziła się na tygodniową przerwę w chemioterapii, wykorzystaliśmy ten fakt na przyjemne z pożytecznym. Z Kubusiem i Natalią przybyliśmy jako pierwsi. Następnego dnia dotarł sam kapitan z Haneczką i dołączyli państwo Trzaśnięci, czyli Madzia z Mareczkiem. Jako ostatni przyleciał Filip. Już na dzień dobry mój kochany małżonek załatwił mnie na cacy. Przy wyjściu z łódki stąpnął na cumę tak niefortunnie, że wybiła go w górę i razem runęliśmy na keję. W pierwszej chwili myślałam, że złamałam nogę w kostce, na szczęście skończyło się silnym otłuczeniem, ale ta tyle silnym, że nie mogłam chodzić. Nie zmieniło to jednak w niczym naszych planów. Kubuś po prostu nosił mnie na rękach. A Madzia swoim lekarskim okiem stwierdziła, że do rana nie uschnie.
Marek przygotował się do zajęć perfekcyjnie. Tym razem głównym celem jego zainteresowań stały się okoliczne winnice i wykwintne restauracje. Na liście znalazły się również punkty widokowe i od nich zaczęliśmy zwiedzanie Kapsztadu i okolic. Po uroczej przejażdżce po mieście wjechaliśmy na Signal Hill, skąd rozciąga się przepiękny widok. Jedną z atrakcji tego miejsca jest przelot paralotnią, na który zapisali się Hania, Mariuszek, Kuba i Filip. Ja ze swoją koślawą nogą mogłam tylko pomarzyć o szybowaniu nad miastem. Niestety loty następnego dnia zostały odwołane ze względu na zbyt silny wiatr, później z powodu braku wiatru, aż w końcu na jego zły kierunek. To tylko pokazuje, jak nieprzewidywalna i zmienna jest tutaj pogoda. W ciągu całego pobytu mieliśmy dni upalne, wietrzne i rześkie oraz umiarkowane. Noce zwykle chłodne i lekko wilgotne. Byliśmy też światkami burzy niczym z filmów grozy, wtedy pomyślałam sobie: jak dobrze, że nie jesteśmy na środku oceanu. Obowiązkowym punktem programu był oczywiście Przylądek Dobrej Nadziei, wcześniej nazywany Przylądkiem Burz, przez dawnych żeglarzy uważany za otwarcie wrót do Indii. I choć obecna nazwa kojarzy się pozytywnie, wiele jednostek zatonęło w tym miejscu.
Wycieczkę szlakiem winnic zaczęliśmy od Stellenbosch, gdzie zatrzymaliśmy się na lunch. Miasteczko czyste, schludne w stylu kolonialnym niczym zatrzymane w czasie. Na zachód słońca dotarliśmy do Franschhoek, gdzie Marek już wcześniej zarezerwował pokoje w urokliwym dworku w niedużej winnicy. Kolejne dwa dni upłynęły nam na testowaniu lokalnych win i ucztach dla podniebienia. Aby utrwalić wspomnienie z tak owocnego pobytu, nabyliśmy kilka kartonów napoju Bachusa z najbardziej renomowanych winnic.
Sobota wielkanocna upłynęła nam na przygotowaniach do Świąt. Zgodnie z polską tradycją malowaliśmy pisanki i szyliśmy symboliczne ozdoby. Na świątecznym stole nie zabrakło niczego. Przemyconej z Polski białej kiełbasy, szynki, wędzonego boczku, śledzi, jajek na kilka sposobów, ćwikły, sałatki, rzeżuchy, żurku i Tomciowego sernika. W lany poniedziałek zalewaliśmy się łzami, żegnając Trzaśniętych, a później Hanię.
We wtorek za namową Natalki wybraliśmy się na Robben Island, gdzie prezydent Mandela w ekstremalnych warunkach spędził w więzieniu 15 lat swojego życia (w sumie 28). To taka chwila refleksji i lekcja historii, dla tych wszystkich, którym wydaje się, że mają monopol na mądrość. W tych okolicznościach, słowo internowanie, może jedynie lekko unieść kącik ust.
Planowaliśmy wypłynąć zaraz po założeniu nowych żagli, na które niecierpliwie czekaliśmy. Z powodów technicznych, dzień upływał za dniem. 27 kwietnia wypadały podwójne urodziny, moje i Filipa. Teoretycznie mieliśmy być w tym czasie na morzu i tam celebrować tę chwilę. Myśl, że spędzimy ten dzień na lądzie znacznie poprawiła mój nadszarpnięty nastrój. Od pewnego czasu nosiłam się z myślą przeczekać nadchodzący rejs gdziekolwiek, gdzie się da. Początkowo myślałam zostać w Kapsztadzie i dolecieć na Seszele. Plan B wydawał mi się jeszcze bardziej ciekawy. Polecieć na Madagaskar, tam pozostać dwa tygodnie, zaprzyjaźnić się z lemurami i myk na Seszele. I właśnie 27 kwietnia dotarły na jacht poprawione żagle. Dobrze, że dałam się namówić na śniadanie, którego generalnie nie jadam. Była jajecznica z pieczarkami i cebulką, a na popitkę szampan. Wieczorem miała być kolacja, ale jakoś nie doszła do skutku. Chłopcy cały dzień spędzili na maszcie, a ja żebym nie wyszła na ostatniego lenia, ze szmatą przy podłodze. Tak, te urodzinki będę wspominać.
Zaprowiantowanie zostało rozbite na etapy, ale i tak wymagało logistyki. Mariuszek z Filipem wzięli na siebie to niewdzięczne zadanie. My pomagaliśmy już tylko ostatniego dnia. Czy wystarczy na 20 dni żeglugi, zobaczymy?


Responses

  1. Pomyślności. Dobry prognostyk na przyszłość-ta wspólna fotka na Przyladku Dobrej Nadziei.
    Pozdrawiam z upalnej Krety

  2. Pomyslnych wiatrow w drodze na Seszele, a dla Hani w powrocie na oceaniczne szlaki!
    Adam, Magda i Natalia

  3. Wszystkiego dobrego, pomyslnych wiarow! Buziaki i usciski dla Hani, trzymamy kciuki z calej sily. Kasia i Marcin, tym razem z deszczowego Wroclawia

  4. Good luck !

  5. Pozdrowienia (nieco spóźnione) z Inowrocławia dla całej dzielnej ekipy.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: