Napisane przez: Mariusz | 2017/05/20

Ostatnia prosta w kierunku Seszeli

Mariusz:

Pojawianie i znikanie wiatru towarzyszyło nam przez cały czas żeglugi w Kanale Mozambickim. Dopiero w niedzielę 14.05 po południu wiatr ustabilizował się na stałe. Wąski skrawek północnego Madagaskaru nie stanowił już bariery dla monsunu południowo-wschodniego. Przed nami na horyzoncie zaczęły pojawiać się chmury. Do Seszeli mieliśmy jeszcze nieco ponad 600 mil i pojawiła się szansa, by dopłynąć tam w ciągu 3 dni.
Pierwsza noc po wyjściu z cienia Madagaskaru zapowiadała czujną jazdę. Prognozy potwierdziły się. Półwiatr z prawej burty o prędkości 26-30 węzłów przechylał bez wysiłku nasz ciężki jacht, mocząc w wodzie reling. Tak można płynąć w regatach i najlepiej po płaskiej wodzie. Po wyjściu z cienia Madagaskaru zaczęły pojawiać się coraz większe fale nabudowane monsunem wiejącym przez tysiące mil Oceanu Indyjskiego. Genua, nawet zrefowana jest zbyt dużym żaglem na takie warunki. Postawiliśmy sztaksla, który w kombinacji z grotem na drugim refie dawał wystarczającą moc do żeglugi z prędkością około 10 węzłów. Nie pomagał nam tylko prąd. Sporej szerokości nurt płynący ze wschodu z prędkością około dwóch węzłów nie tylko spowalniał nas, ale i powodował spory dryf w lewo. Odchylenie od kursu sięgało 20-30 stopni. W takich warunkach nie miało sensu korygowanie kursu w prawo, gdyż spowodowało by to jeszcze wolniejsze płynięcie pod wiatr i strome fale. Nad ranem prąd zaczął słabnąć i mogliśmy obrać kierunek na Seszele.
Wiatr zaczął opadać do nieco ponad 20 węzłów. Coraz cięższym chmurom zaczęły towarzyszyć szkwały. Nie były jakoś dramatycznie silne, dodawały około 10 węzłów do wiejącego wiatru, nie zmieniając znacząco kierunku. W zupełności wystarczało redukowanie sztaksla, bez konieczności dodatkowego refowania grota. Pokład co chwila płukany był z soli ostrym deszczem.
Kiedy wydawało się, że bez problemu dopłyniemy do Mahe w środowe popołudnie, wiatr niespodziewanie przysiadł pod wieczór w poniedziałek. Postawiliśmy pełną genuę, ale nie byliśmy w stanie zrzucić refów z grota. Zbyt duże zafalowanie wprowadzały żagle w niepożądany łopot, któremu nie był w stanie zapobiec zbyt słaby wiatr. Męczyliśmy się tak przez całą noc. Mogliśmy przyspieszać nieco w szkwałach. Dopiero po 24 godzinach słabej jazdy wiatr ponownie ustabilizował się. We wtorek o 2000 mieliśmy do północnego krańca Mahe jeszcze ponad 200 mil. Nie mieliśmy szans na dopłynięcie za dnia, skoro słońce zachodzi tuż po 1800.
Ostatnia doba charakteryzowała się niemalże regatowym tempem. Prędkość Katharsis II rzadko spadała poniżej 10 węzłów. Do tego skończył się również przeszkadzający nam prąd. Im byliśmy bliżej celu, tym szybciej połykaliśmy kolejne mile. Uwielbiam taką żeglugę. Świeża bryza, niewybudowane morze i tnący fale niczym brzytwa dziób Katharsis II to widok, który wywołuje zawsze uśmiech na mojej twarzy. Do północnych brzegów Mahe dopłynęliśmy w promieniach zachodzącego słońca. Taka mała nagroda za ten długi rejs. Kotwicę rzucaliśmy już jednak w całkowitych ciemnościach na zewnątrz poru Victoria w środę o 2030.
Pokonanie trasy ponad 3000 mil zajęło nam 18 dni i 5 godzin, czyli 29 godzin więcej niż podczas rejsu z Hanią w przeciwnym kierunku w październiku zeszłego roku. Na logu odnotowaliśmy 300 mil więcej niż 6 miesięcy wcześniej. Jest to bardzo ciekawa żeglarsko i nie monotonna trasa. Tym razem obyło się bez wielkich sztormów, ale przyjdzie na nie czas w drodze powrotnej do Kapsztadu za kilka miesięcy.
Jacht i jego załoga dzielnie sprawowali się w tych zmiennych warunkach. Skorygowaliśmy naciągi sztagów i niektórych want. Nie zanotowaliśmy uszkodzeń, poza zerwaną śrubą mocującą stójkę na lewej burcie przez kontraszot grota. Romka obawiała się tego rejsu, znając złą sławę wód wokół Południowej Afryki. Spokojna żegluga pozwoliła jej na kulinarne wykazywanie się w kambuzie. Dla Filipa był to pierwszy poważny rejs oceaniczny i całkowicie zdał egzamin. Kuba okrzepł, nabierając doświadczenia podczas swojego najdłuższego rejsu. Katharsis II powróci do Kapsztadu za 4 miesiące, tym razem ze zdrową Hanią na pokładzie. Mamy jeszcze nadzieję na spędzenie w międzyczasie kilku wakacyjnych chwil na Seszelskich wodach.


Responses

  1. Katharsis ma MOC !
    Pozdrawiam , Krzychu.

  2. To się nazywa wypad na ryby.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: