Napisane przez: Hanuś | 2010/07/03

Colon i okolice

Przejście prez Kanał zaplanowaliśmy na środę 23.06., więc został nam jeszcze cały weekend z nawiązką na zwiedzenie miejsc po atlantyckiej stronie Panamy. Do Colon jakoś nas nie ciągnęło, ze względu na lichą reputację tego miejsca. Po przestudiowaniu przewodnika postanowiliśmy zobaczyć fortyfikacje wybudowane przez kolonizatorów. Pogoda co prawda nie sprzyjała eksploracji obszarów niezadaszonych, ze względu na występujące ulewne deszcze. Ale postanowiliśmy się nie poddawać – pieszo chodzić nie musieliśmy! Mieliśmy wynajęte całkiem sympatyczne terenowe autko i szkoda byłoby go trochę nie przegonich po okolicznych drogach. W piątek wybraliśmy się do Portobelo oddalonego o ok. 50 km od Colon. Sama droga do Portobelo była ciekawa. Najpierw musieliśmy się przebić przez przedmieścia Colon zionące brudem, biedą i smutkiem. Ale już na wsi (tak bym to nazwała), czyli z dala od głównej drogi, wśród zieleni dżungi atmosfera była już inna. Ładne widoki nad Atlantykiem, ludzie beztrosko siedzący przed domami, jeżdżący rowerami od jednej do drugiej wioski. Może nie był to obraz idyliczny, ale już nie tak przygnębiający jak przy Colon. W drodze do Portobelo zatrzymaliśmy się w przydrożnej galerii prowadzonej przez mieszkającego na stałe w Panamie Kolumbijczyka. Galeria to może za dużo powiedziane – jest to po prostu jego warsztat z wystawionymi pracami, na które składają się meble, lampy, stojaki na rośliny wyrzeźbione w drzewa wyrzuconego na brzeg przez oraz cała kolekcja wyłowionych przez niego przedmiotów z zatopionych u wybrzeży Panamy starych żaglowców i statków. Dla Jurka archeologa było to taka mała uczta. Zatrzymywaliśmy się także jak coś po drodze nas zainteresowało – ładny widoczek, cmentarz, tutejszy rzeźnik ćwiartujący jakiegoś zwierza na pieńku zaraz przy jezdni. Samo Portobelo wydało nam się senne i trochę jakby opuszczone, szczególnie w odniesieniu do informacji zamieszczonych w przewodniku. Miejsce zachwalane jako wyjątkowo turystyczne z wieloma knajpkami… Cóż byliśmy jedynymi tutaj turystami, a lunch zjedliśmy chyba w jedynej knajpie. Może inne pochowane były gdzieś w dżungli??? Sam fort ładny, z armatami tkwiącymi wciąż na posterunku. Obecnie spełnia rolę boiska do gry w piłkę dla tutejszych dzieciaków – takie odnieśliśmy wrażenie – tylko ze strasznie podmokłą murawą – gra w błocie. Wracając z Portobelo zmuszeni zostaliśmi przez ulewny deszcz, uniemożliwiający, jazdę do jeszcze jednego postoju. Postanowiliśmy wypić drineczka (kierowca, czyli ja bez drineczka oczywiście) w miło wyglądającej restauracji z tarasem nad zatoką. Meliśmy pełen wybór miejsc – żaden stolik nie był zajęty.
W sobotę pojechaliśmy do San Lorenzo, połazić po fortyfikacjach u ujścia rzeki Chagres; fort ten oddalony jest zaledwie o parę kilometrów od Shelter Bay Marina; zachwyciły nas tutaj widoki (pomimo słabej widoczności – niskie stalowe chmury, ani prześwitu słonka) – z jednej strony Atlantyk i urocza zatoka, z drugiej – szeroka, groźnie wyglądają rzeka; poza fortem nic tu właściewie nie ma – jakaś mała chatka z wychudzonym psem i ogromne drzewa mango; po drodze zjechaliśmy z głównej drogi w boczną (w lesie nazwałabym ją leśną, a w dżungi???) –soczystość zieleni roślinności była niesamowita; chciałam koniecznie wysiąść z samochody i się rozejrzeć zrobić jakieś zdjęcia, ale ryk jaki mnie przywitał, zaraz zapędził mnie z powrotem do samochodu; z każdej strony dobiegały wycia jakiś zwierząt; jak się później dowiedzieliśmy były to stada małp (my stawialiśmy na jaguary licznie tu występujące).


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: