Napisane przez: Mariusz | 2013/04/15

Isla del Coco – nasze nurkowanie

Mariusz

O nurkowaniu na Coco słyszałem po raz pierwszy od Michelle, armatorki Capriccio of Rhu (Oystera 55), podczas wspólnego przejścia przez Kanał Panamski na “Jedynce” w 2004 roku. Ani wtedy, ani podczas kolejnej wyprawy na Pacyfik trzy lata temu, nie dane mi było zejść pod wodę w tym nurkowym raju. Brakowało czasu, by zboczyć z kursu obranego na Galapagos. Tym razem świat podwodny Isla del Coco miał być główną atrakcją naszego pobytu w Kostaryce. Mając w ręku stosowne pozwolenia mogliśmy zejść pod wodę.
W jednym czasie na wyspie może przebywać nie więcej niż 60 nurków. Na szczęście dla nas tylko jeden wyprawowy statek nurkowy miał w planach przypłynąć na Coco w okresie Wielkanocy. Brak innych statków przy wyspie w tym czasie ułatwił nam otrzymanie pozwolenia na nurkowanie. Argos miał przypłynąć w niedzielę rano i przyholować specjalnie dla nas łódź nurkową. Bez niej nie dalibyśmy rady zrealizować zaplanowanych nurkowań przy tylu potencjalnie chętnych do zejścia pod wodę.
Przez pierwsze dwa dni zdani byliśmy na własne zasoby i nie był łatwy okres. Szczęśliwie wszystkie nurki w piątek i w sobotę miały być w pobliżu Chatham Bay, gdzie staliśmy na bojce. Pierwszego nurka zrobiliśmy przy łódce, ale na drugiego musieliśmy popłynąć pięćset metrów na Manuelita Coral Garen. Na ponton wchodzi maksymalnie 5 osób z akwalunkiem. Chętnych była siódemka plus asekurujący nas Wojtek. Postanowiliśmy wykorzystać kajak do transportu sprzętu nurkowego. Mimo małej prędkości, jazda skończyła się wypadnięciem Hani z kajaku. Zatoka Chatham nie dawała ochrony przed sporym zafalowaniem i na noc przenieśliśmy się do Wafer Bay. Do nurkowisk mieliśmy ponad milę.
Na sobotę mieliśmy zaplanowane dodatkowo nurkowanie nocne. Strażnicy parku nie zgodzili się przełożyć je na inny dzień. Cztery nurki dla wszystkich (8 osób) w takich warunkach, przy nabijaniu samemu butli, są fizyczną niemożliwością. Postanowiłem więc, że tego jednego dnia podzielimy się na mniejsze grupy, by każdy mógł zejść pod wodę dwa razy. Daliśmy radę. Od niedzieli sytuacja zmieniła się diametralnie, gdyż nie tylko mieliśmy do dyspozycji łódź mogącą zabrać na raz wszystkich, ale i załoga z Argos zaoferowała się nabijać nasze butle Nitroxem. Zaczęło się prawdziwe podwodne safari.
W sumie zeszliśmy pod wodę 22 razy. Jeszcze nigdy tak intensywnie nie nurkowałem. Było to dla mnie niesamowite przeżycie. Kilka nurków mogę z całą pewnością zaliczyć do najlepszych w moim życiu. Należą do nich nurkowania nocne z żerującymi rekinami (żarłaczami rafowymi białopłetwowymi) oraz nurkowania z rekinami młotami.
Olbrzymie wsparcie dał nam nasz przewodnik Chipopa. W poprzednim wcieleniu był chyba rekinem. Doskonale wyczuwał obecność tych drapieżników, podczas gdy my nie widzieliśmy nawet ich zarysu. Rekiny są ważnym elementem podwodnego świata na Isla del Coco. Zejścia pod wodę miały za cel podglądanie ich w swym naturalnym środowisku. Główną atrakcją Coco są rekiny młoty. Można je tu spotkać w olbrzymich stadach. Nocami żerują w głębinach oceanu, a w dzień wracają na płytkie wody, by poddać się procesowi czyszczenia przez pielęgnice w tzw. stacjach czyszczących. Młoty, mimo swej wielkości są bardzo płochliwe. Rzadko podpływają do nurków. Nasza taktyka polegała na czajeniu się za skałą, by ich nie spłoszyć. Wstrzymując oddech można było je oszukać i wtedy podpływały nieco bliżej. Ich duże cielska wzbudzały podziw.
Respekt mieliśmy przed rekinami tygrysimi. Pojawiły się na Coco zaledwie kilka lat temu i widocznie spodobało się im tutaj. Należą do najniebezpieczniejszych rekinów. Już pierwszego dnia zobaczyliśmy pierwszy okaz. Był olbrzymi, miał około 5 metrów długości i z obojętnością przepłynął kilka metrów obok naszej grupy. Świadomość, że w ich diecie stałe miejsce zajmują inne rekiny, np.: żarłacze rafowe, wywołuje dreszczyk emocji każdorazowo, gdy to piękne zwierzę pojawia się w pobliżu płetwonurków.
Na każdym kroku spotykaliśmy żarłacze rafowe białopłetwe. Są one wdzięcznym obiektem do obserwacji. Szybko można się przyzwyczaić do ich obecności. Wyglądały na łagodne ignorując nas. Za to w nocy zamieniały się w polujące bestie.
Nocnego sobotniego nurka nie zapomnę do końca życia. Towarzyszył mu duży poziom adrenaliny. Zaraz po zejściu pod wodę otoczyły nas rekiny. Były wszędzie. Unosząc się metr, dwa nad dnem nieomal ocieraliśmy się o nie. Wyglądało to jakbyśmy byli zawieszeni nad kłębowiskiem węży. To, że były w dużej ilości dawało nam poczucie bezpieczeństwa. Oznaczało to, że w pobliżu nie ma rekina tygrysiego. Żarłacze okazały się ślamazarnymi myśliwymi. Czasami niemal ocierały się o schowane w szczelinach skał ryby i nie zauważały ich. Nie mniej, gdy wyczuły ruch rzucały się w pogoń, jak wściekłe. Olbrzymie wrażenie robiły na mnie próby wyszarpywania ryb ze szczelin w rafie. Towarzyszyło temu rozrywanie skał. Z całą pewnością lepiej byłoby nie wkładać tam ręki.
Większość stacji czyszczących jest na ponad trzydziestu metrach. Są to wszystko głębokie nurki. Mieliśmy kilka ulubionych miejsc. Do nich należał z pewnością Alcyone – podwodna skała leżąca milę od brzegu. Udało nam się zanurkować tam dwukrotnie, każdorazowo w innych warunkach. Pierwsze zejście miało wspaniałą widoczność, ale niewielką ilość drapieżników. Za drugim razem było mroczno i tajemniczo, ale zobaczyliśmy kilkanaście rekinów młotów.
Najwięcej przeżyć dała nam Roca Sucia, na której byliśmy trzykrotnie. Tam zobaczyliśmy żarłacza czarnopłetwego, rekina galapagoskiego, marlina i mobule – drugie co do wielkości płaszczki po mantach. Podczas ostatniego nurka byliśmy świadkami rzadkiej sytuacji. Płynąc w toni przed zakończeniem nurkowania zostaliśmy otoczeni przez olbrzymie stado rekinów młotów. Zazwyczaj ogląda się je z daleka, niczym aktorów na scenie. Tego dnia rekiny młoty podpływały do nas na odległość kilku metrów, wynurzając się z głębin jeden za drugim. Krążyły wokół nas, jakby chciały się bawić. Może to dzięki dużemu naszemu spokojowi dały nam taki koncert. Zabawa trwała ponad 10 minut. Chipopa stwierdził, że spotkało go to po raz pierwszy. W ten sposób rekiny pożegnały się z nami.


Responses

  1. Najwyraźniej w Wielkanoc mieliście okazje przeżyć wielką noc z rekinami…
    Jestem pełen podziwu dla Was!

  2. no cóż , przytłoczony tymi fotkami powiem tylko ŁAŁ i dodam parę wykrzykników !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: