Napisane przez: Hanuś | 2012/06/04

kierunek: New York City

Po sielskim pobycie w Key West czekał nas ponad 1100 milowy przelot do Nowego Jorku. Pomysł zawitania do NYC pojawił się w styczniu na Karaibach. Na imprezie z okazji upamiętnienia opłynięcia świata przez Władka Wagnera, organizowanej przez amerykańską i kanadyjską Polonię spotkaliśmy członków Polskiego Klubu Żeglarskiego z Nowego Jorku, którzy namawiali nas do przypłynięcia do ich siedziby. W Gateway na Brooklynie stoi zakotwiczona ich Barka, która jest miejscem spotkań klubowiczów. Jest tam wystarczająco dużo miejsca, by mogła do jej burty zacumować nasza Katharsis. Impreza na Wyspach Dziewiczych zrobiła na nas duże wrażenie. Niesamowite było, że tylu polskich żeglarzy (było pond 40 jachtów) potrafiło skrzyknąć się w jednym miejscu, by wspomnieć Władka Wagnera i postawić mu pamiątkową tablicę. Bardzo podobała nam się atmosfera tego spotkania i poznaliśmy tam wielu świetnych ludzi. I właśnie dlatego Mariuszowi tak bardzo zależało, żeby odwiedzić żeglarzy z Nowego Jorku. Chcieliśmy dopłynąć tam w weekend, kiedy zjeżdżają się członkowie klubu. Na ponad 1100 milową trasę, przy założeniu zmiennych, często trudnych warunków potrzebowaliśmy około tygodnia, stąd pomysł wypłynięcia w sobotę.
Jednak na mapach meteorologicznych widać było rozległy niż przesuwający się wzdłuż wschodniego wybrzeża Stanów. Mariusz nie chciał wpływać w środek tego układu, co przyniosłoby by nam deszczową, bezwietrzną pogodę z niskimi temperaturami. Przesunęliśmy wypłynięcie o jeden dzień. Poza uniknięciem mokrej pogody wygospodarowaliśmy czas na kupienie nowych butli do nurkowania, które spodobały się Mariuszowi w tutejszym sklepie. Dotarliśmy także do polecanej w przewodniku restauracji Cafe Sole. Jedzenie było wyśmienite, a dodatkowym pozytywnym akcentem była polska obsługa. Zawsze miło spotkać rodaków gdzieś w świecie.
W niedzielę 13 maja 2012 o godzinie 1500 wypłynęliśmy z Conch Harbour i przy słonecznej pogodzie pożeglowaliśmy na północ. Łapaliśmy ostatnie promienie i próbowaliśmy nacieszyć się ciepłem, gdyż w ciągu najbliższych dni pogoda z pewnością miała się zmienić… Atlantyk.
W maju zaczynają się sztormy tropikalne. Rodzą się na Karaibach, mkną na północ, robiąc duże spustoszenie na lądzie, a żeglarzom dając ciężką szkołę na morzu. Na początku rejsu było niewiele wiatru i do tego jeszcze Golfsztorm zamiast pomagać, przeszkadzał. Ale już w poniedziałek sytuacja się zmieniła i od Miami Prąd Zatokowy stopniowo rozpędzał się ku północy pchając nas z prędkością od dwóch do trzech węzłów. Ta silna oceaniczna rzeka nie jest zbyt szeroka, ale bez trudu pozostawaliśmy w jej nurcie. Mimo słabego wiatru łykaliśmy mila za milą. Pierwsze złowrogie chmury i deszcz przyszły we wtorek. Ale pojawiały się sporadycznie. Wciąż wiało z południa, było ciepło i można się było opalać. Pogoda sprzyjała także wędkowaniu. W niedzielę złapaliśmy dwa tuńczyki, w poniedziałek małe mahi-mahi, we wtorek dwa mahi-mahi i w środę znowu duże mahi-mahi. Gdy nasze zapasy ryb były już satysfakcjonujące i panowie postanowili zwinąć żyłki, skończyła się wędkarska pogoda. Od środy po niebie gnały ciężkie niskie chmury, z których padał gęsty deszcz i wiał silny wiatr. Jak to stwierdziliśmy: „skończyło się rumakowanie, czas na stałe wrzucić sztormiak na plecy“. Od czwartku trzeba się było także cieplej ubierać. Z każdą wachtą przybywało warstw pod sztormiakiem. Zgodnie z zapowiedziami przyszedł silny północno – wschodni wiatr, a wraz z nim mroźne powietrze. To był koniec „dżentelmeńskiej“ (czyli z wiatrem) żeglugi. Na szczęście mijaliśmy już groźny Przylądek Hatteras, który tylko mógł spotęgować trudności. Ostatnie dwie doby upłynęły nam na halsowaniu, wypatrywaniu kolejnych ciężkich chmur, z których mogło mocniej przywiać i omijaniu obszarów objętych szkoleniami amerykańskiej marynarki wojennej. Nowy Jork ujrzeliśmy na mojej porannej wachcie w sobotę. Przed świtem było tak zimno, że zmuszona byłam założyć pod sztormiak aż cztery warstwy i polarową czapkę. Na szczęście Brooklyn przywitał nas słoneczną pogodę. Do Gateway Marina wpłynęliśmy 19 maja o 0900 rano, czyli tak jak to Mariusz planował na weekend.
Jak się okazało – w samą porę. Nie tylko dlatego, że zjeżdżali się klubowicze i sypmatycy klubu, ale udało nam się uciec przed sztormem. Alberto, jak nazwano pierwszą nawałnicę tropikalną w tym sezonie, deptał nam po piętach. Mariusz monitorował na bieżąco pogodę, ściągając przez satelitę mapy pogodowe dotyczące rejonu, w którym się znajdowaliśmy oraz trasę przed nami. Nie mieliśmy pojęcia co też dzieje się kilkaset mil za nami… My w każdym razie staliśmy bezpiecznie zacumowani do Barki i otaczali nas sympatyczni ludzie.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: