Napisane przez: Hanuś | 2013/10/28

Savai’i – kwintesencja tradycji samoańskiej

Nocny przelot z Upolu na Savai’i był szczególnie ekscytujący dla Ani i Rafała. Po pierwsze dlatego, że był to ich pierwszy rejs jachtem po oceanie, a poza tym martwili się jak sobie poradzi ich malutka córeczka. Janka jednak jakby się na morzu urodziła, bo od pierwszych muśnięć burty Katharsis II o fale oceanu czuła się świetnie. Pierwszy w swoim życiu rejs spędziła spokojnie w koi budząc co jakiś czas mamę na małe mlekowe co nieco. Warunki na morzu były niezwykle sprzyjające dla nowicjuszy, gdyż płynęliśmy z wiatrem wzdłuż wysp, które dawały nam osłonięcie od dużych oceanicznych fal, a nad nami świecił księżyc tuż przed pełnią, rzucając świetlistą łunę na falujący zmysłowo ocean. Morze i niebo oraz migające na lądzie światła tworzyły wspaniałą aurę. Napawaliśmy się przez noc tymi widokami.
Samoa nie jest najpopularniejszą destynacją żeglarską, a tym bardziej jej zachodnia wyspa Savai’i. Z tego pewnie powodu nie specjalnie przykładają wagę do oznaczania szlaków wodnych. Mariusz z locji i przewodników żeglarskich wiedział, że do wybranej przez niego zatoki, czyli Asau Harbour prowadzi wąski kanał wydrążony w rafie koralowej. Do wejścia dotarliśmy nad ranem. Przywitały nas fale rozbijające się o rafę tworząc na pierwszy rzut oka barierę nie do przejścia. Z trudem odnaleźliśmy znaki podejściowe do zatoki. Tomek przez lornetkę szybko dostrzegł jeden z dwóch części nabieżnika (w tym przypadku biały trójkąt skierowany stożkiem do dołu). Jednak wciąż nie mogliśmy wypatrzeć drugiej części, bez której wpływanie do wąskiego przejścia byłoby niemożliwe. Lornetkami oraz teleobiektywami aparatów fotograficznych przeczesywaliśmy nabrzeże. W końcu udało nam się rozszyfrować, że trzy czarne pale we wnętrzu zatoki wbite w wodę tworzą drugą część nabieżnika. Nie było to oczywiste, zważywszy, że żadna locja o tym nie wspominała. Było jedynie napisane, iż „dolna część nabieżnika jest trudna do odnalezienia“. Gdy Mariusz był już pewien, że znaki nawigacyjne wskazują nam właściwą drogę, przepłynęliśmy, otoczeni rozbijającymi się o rafę falami, przez wąski kanał prowadzący do zatoki i bezpiecznie zakotwiczyliśmy w jej wnętrzu.
Sobotnie przedpołudnie upłynęło nam na leniwym plażowaniu. Janka po raz kolejny wykąpała się w oceanie Popołudniu rozpadało się na całego – dopadła nas pogoda barowo-kinowa. Mariusz ze Zbyszkiem wybrali się na ląd, w celu zorganizowania całodniowej wycieczki na następny dzień. Okazało się jednak, że na niedzielę nic nie da w tej sprawie załatwić, gdyż wszyscy mieszkańcy wyspy wówczas odpoczywają. Wycieczkę trzeba było przełożyć na poniedziałek. Co prawda po weekendzie planowaliśmy opuścić Samoa i ruszyć ku wyspom Królestwa Tonga, jednak zdecydowaliśmy się zostać na kolejny dzień, by zobaczyć Savai’i. Niedzielę wykorzystaliśmy na przygotowanie sprzętu nurkowego oraz czyszczenie łódki. Tomek ze Zbyszkiem uzbrojeni w szpachelki i szczotki wypowiedzieli wojnę wodorostom, które rozgościły się na kadłubie Katharsis w części podwodnej. Mariusz zabrał w tym czasie Anię i Rafała na nurkowanie, a ja z Kaśką i Janeczką testowałyśmy pobliską plażę hotelową z jej leżakami i słomkowymi parasolami.
W poniedziałek zjechaliśmy całe Savai’i. Nasz przewodnik – Sam pokazał nam największe atrakcje turystyczne swojej wyspy, a przede wszystkim wiele opowiedział o kulturze i zwyczajach obowiązujących na Samoa, a szczególnie na Savai’i. Wycieczkę zaczęliśmy od odwiedzin w jego domu. Nie mieszka on wprawdzie w tradycyjnej Fale, ale w domu ze ścianami, oknami i drzwiami, ale przywiązuje wiele wagi do tradycji, a przede wszystkim zasad obowiązujących w jego społeczeństwie. W ramach jego domostwa, poza częścią mieszkalną, znajduje się także Fale, gdzie odbywają się spotkania głów rodzin oraz fale dla kobiet. Wszystko otacza pięknie zadbany ogród. Dość ciekawym i nieco zaskakującym dla Europejczyków widokiem, są nagrobki tuż przed domem. Od Sama dowiedzieliśmy się, że wszyscy członkowie rodziny chowani są przy domu – ważniejsi przed frontem, a reszta za domem. Można powiedzieć, że tutaj cała rodzina jest wciąż w komplecie, czyli dosłownie „na kupie“.
Z innych rzeczy, które mnie zaskoczyły u Samoańczyków, to życzliwość i serdeczność bijąca od mieszkańców wobec obcych oraz nieprawdopodobnie duża, jak na tak niewielką społeczność, ilość kościołów. Rozmach z jakim są budowane w porównaniu do skromnych otwartych domostw także zastanawia. Monumentalne kościoły nierzadko górują nad wioską. Można też spotkać skromniejsze, jednak dominują duże budowle z wieżami.
Sam wyjaśnił nam, iż Samoańczycy mają wpisaną w kulturę serdeczność. Dlatego ciężko mi określić na ile szczere były uśmiechy, którymi obdarowywali nas mieszkańcy Samoa, a na ile wynikały one z wyuczonego nawyku. Możliwe, że dłuższy pobyt zweryfikowałby nasze odczucie, niemniej przez te kilka dni czuliśmy się na Samoa bardzo dobrze i otaczające nas zewsząd uśmiechy i życzliwe pozdrowienia wprawiały w dobry nastrój.
Nasz przewodnik podkreślał także, iż niezwykle istotny dla Samoańczyków jest respekt wobec pozostałych członków społeczności. Liczy się szacunek wobec innych, zarówno członków własnej rodziny, jak i reszty wioski. Wiąże się z tym dbałość o relacje międzyludzkie, warunki życia innych oraz estetykę otaczającego otoczenia. Zadaniem wodzów, czyli głów rodzin, jest dbanie, by wszyscy mieli odpowiednią ilość jedzenia. Wodzowie motywują do pracy i wzajemnego poszanowania. Savai’i zrobiła na mnie wrażenie wyspy niezwykle czystej, zadbanej. Poza tym miałam odczucie, że jest jednym wielkim straganem z żywnością. W zasięgu wzroku zawsze było jakieś drzewo obwieszone owocami, czy warzywami, a między nimi ciągnęły się uprawy taro wśród których biegały świnki i kury, nie wspominając o bogactwie otaczających wyspę wód. Jedzenie jest jakby na wyciągnięcie ręki.
Do obowiązków mężczyzn należy dbanie o uprawy, hodowlę zwierząt, polowanie, połowy oraz często gotowanie dla rodziny. Kobiety z kolei wychowują dzieci, uprawiają przydomowe ogródki oraz plotą z liści palmowych kosze oraz maty, służące za materace. Wyplataniem zajmują się w grupach podczas spotkań w swoich fale. W trakcie naszej wycieczki wokół wyspy zatrzymaliśmy się przy jednym z kobiecych fale, gdzie akurat odbywało się spotkanie. Zapytałam Sama, czy mogę tam na chwilę wejść, czy wypada. Kobiety nie miały nic przeciwko. Chętnie pozowały do zdjęć, śpiewając przy tym wesoło.
Poza ciekawą kulturą i życzliwymi mieszkańcami, Savai’i ma także do zaoferowania kilka atrakcji turystycznych. My odwiedziliśmy miejsce, gdzie można popływać z żółwiami oraz wioskę zalaną lawą. Niezwykle wyglądał kościół do połowy wypełniony czarną zastygłą masą. Wzdłuż drogi widać było ogródki, w których rośliny przebijały się przez żyzną lawę, jakby wygrywając z żywiołem.
Kolejnym punktem naszej wycieczki był wodospad Afu Aau z naturalnym basenem przy jego kaskadzie. Podczas, gdy my moczyliśmy się w orzeźwiającej źródlanej wodzie, Janką zajmował się nasz sympatyczny przewodnik. Jest on ojcem czwórki małych dzieci (najmłodsze ma 2 miesiące) i z dużą wprawą zabawiał naszą królewnę.
Ostatnią i zarazem najbardziej imponującą atrakcją tego dnia były Alofaaga Blowholes przy południowo-zachodnim cyplu Savai’i. Płynąca z wulkanu lawa zastygła u wybrzeży tworząc strome klify z wydrążonymi na całej ich długości otworami. Fale oceaniczne podmywając brzeg z impetem wpadają w kominy wyrzeźbione w skałach, w wyniku czego wytwarza się podciśnienie, pod wpływem którego woda eksploduje nad powierzchnię na wysokość nawet 50 metrów. Sam miał przygotowane kosze z łupinami kokosów, które wrzucał do buchających dziur. Gdy udało mu się trafić w odpowiedni moment, to fale wyrzucały łupiny wysoko do góry. Cudownym przeżyciem było stanąć przy otworze w skale i poczuć moc eksplodującą wraz z każdą wybuchającą falą. Gdy podeszłyśmy z Anką blisko i wystrzelił przy nas pierwszy gejzer, aż podskoczyłyśmy z wrażenia i krzyczałyśmy z radości na całe gardła. Miało się wrażenie, że energia oceanu przenika nas wraz z każdym wystrzałem.
Te kilka dni spędzonych na Upolu i Savai’i pozwoliło nam zapoznać się z Samoa, jej mieszkańcami i ich zwyczajami. Opuszczając Zatokę Asau we wtorek
22 października czuliśmy się usatysfakcjonowani pobytem w tym kraju i z zadowoleniem ruszyliśmy ku brzegom Królestwa Tonga.


Responses

  1. super klimaty:) Pozdrowienia

  2. Jestem zachwycona czytając Wasze opowieści.
    Janeczka jest przeurocza i zapewne jak zawsze grzeczna. A uczta z sushi to kolorystyczne arcydzieło. Prawię czuję smaki. Gorąco pozdrawiam z mocno jesiennego Koszalina.

  3. Rewelacyjne zdjęcie z panami przy gejzerze 😛

  4. no cóż , ta lawa wygląda niepokojąco , tak jakby był to tylko początek czegoś większego


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: