Napisane przez: Mariusz | 2014/02/03

Milford Sound

Fiordland

Fiordland


Mariusz:
Neptun sprzyjał nam podczas płynięcia do Fiordlandu. Wprawdzie wiatr wiał nam prosto w dziób, ale nie przekraczał 20 węzłów. Takie okno pogodowe pojawiło się po raz pierwszy od początku stycznia – chyba przyjazd Misia miał jakiś magiczny wpływ na pogodę.
Do Milford przypłynęliśmy nad ranem w piątek 31 stycznia. Morze było bardzo rozbujane po wcześniejszym silnym wianiu. Wejścia do fiordu nie było widać. James Cook, który dwukrotnie opłynął Nową Zelandię i odwzorował jej pierwszą mapę, nawet nie zauważył tego miejsca. My, mądrzejsi o posiadane dokładnych map, postanowiliśmy poczekać na lepszą widoczność i wysoką wodę przy wejściu – w Anita Bay. Wysoka woda była nam potrzebna do bezpiecznego wpłynięcia do Deep Water Basin na końcu fiordu.
Wszystkie fiordy na całym świecie mają jedną wspólną cechę – trudno w nich kotwiczyć. Są one bardzo głębokie i niewielkie zatoczki pozwalają zazwyczaj na rzucenie kotwicy tuż przy brzegu. Dla bezpieczeństwa trzeba wtedy wspomóc się linami rufowymi mocowanymi do drzew lub kamieni. Tę technikę przerabialiśmy zarówno na Patagoni, jak i na Antarktydzie. Tu dzięki słabemu wiatrowi i krótkiemu postojowi udało nam się stanąć na samej kotwicy na ponad 30 metrach głębokości. Dookoła nas bujały się bojki z klatkami na homary. Było ich kilkadziesiąt, co pobudziło nasze apetyty na własne połowy.
Milford jest jedynym fiordem masowo odwiedzanym przez turystów. Zawdzięcza to swej urodzie, porównywanej przez Rudyarda Kiplinga do ósmego cudu świata oraz drodze, którą można tu dojechać. Miejsce to odwiedza rocznie około pół miliona ludzi, dwa razy więcej niż Polinezję Francuską. Nie ma tu wprawdzie bazy hotelowej – przy końcu drogi wybudowano jeden hotelik, ale autokary i małe samoloty bez przerwy dowożą dziennych turystów. Ci wsiadają na jeden z kilku stacjonujących tu statków wycieczkowych i objeżdżają fiord dookoła.
Można tu też również dotrzeć pieszo, najsłynniejszą w Nowej Zelandii górską ścieżką – Milford Track. Ponad 50 kilometrowa trasa (w odróżnieniu od ponad 100 km samochodowej) początek bierze przy Jeziorze Te Anau. Przejście jej zajmuje cztery dni. Pieszych wędrowców przybywa dziennie jednak nie więcej niż czterdziestu, ze względu na ograniczenia noclegowe i schroniskach.
Najmniejszą grupą w Milford są żeglarze. Ze względu na wyjątkowo nieprzychylne warunki pogodowe, zaledwie kilkanaście jachtów rocznie decyduje się na wyprawę w te rejony.
Nam wcale nie przeszkadzała obecność turystów. Staliśmy, jak wmurowani, podziwiając przesuwający się przed naszymi oczyma krajobraz fiordu. Otaczały nas pionowe ściany sięgające 2000 m.

Dzięki infrastrukturze turystycznej i rybackiej w Milford Sound łatwo było nam dostać się na ląd. Ze względu na duże, bo ponad 2 metrowe pływy i skaliste brzegi trudno jest zostawiać na dłużej ponton, gdyż przy opadającej wodzie grozi, że osiądzie on na skałach i utkniemy do kolejnego przypływu. Tutaj skorzystaliśmy z portu rybackiego, gdzie bezpiecznie zacumowaliśmy nasz pojazd do kei. Zaczęliśmy od spaceru do informacji turystycznej i kawiarni, gdzie zjedliśmy lody na patyku popijając kawą. Czuliśmy się trochę jak na Krupówkach w Zakopanem. Pomimo, iż miejsce to odległe jest od cywilizacji i umieszczone przy szlaku turystycznym, jednak naszych górskich schronisk nie przypominało, a bardziej dużą restauracjo-kawiarnię w dużym kurorcie górskim. Uzbrojeni w mapkę Milford Track postanowiliśmy następnego dnia przejść się trochę po tym słynnym w Nowej Zelandii szlaku. Całą trasa zaczyna się nad Jeziorem Te Anau, a kończy nad rzeką Artura przy Sandfly Point, skąd piechurów zabierają do bazy turystycznej małe statki. My wykorzystaliśmy duży głaz oraz liny przygotowane dla tych statków i zacumowaliśmy nasz ponton, tak by nikomu nie przeszkadzać. W ten sposób udało nam się dotrzeć na słynną ścieżkę i przejść się po niej. Szliśmy wzdłuż rzeki Artura przez gąszcz drzewiastych paproci i omszałych drzew, przy dźwiękach głośnej orkiestry leśnej. Myślę, że taka czterodniowa wędrówka sprawiła bym nam wiele przyjemności. Tym razem zadowoliliśmy się trzygodzinnym spacerem. Po powrocie do pontonu woda była już dużo niżej, ale na szczęście ponton nie utknął i mogliśmy wrócić na jacht.
Po wizycie w bazie rybackiej i napatrzeniu się na homary koniecznie chcieliśmy złapać jakąś sztukę do naszej klatki. Zastawiliśmy ją w zatoce nieopodal kotwicowiska na całą noc, jednak naszej klatki żaden okaz nie wybrał. Nie będziemy się jednak poddawać i w kolejnych fiordach na pewno będziemy próbować je złapać.


Responses

  1. Dla mnie super.
    Szczegolnie przerosniete krewetki.
    mniam. 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: