Napisane przez: Hanuś | 2014/02/10

Bradshow Sound

Po moich urodzinach pogoda zaczęła się zmieniać. We wtorek rano zamiast błękitnego nieba nad naszymi głowami wisiały ciemne chmury. Jednak mi to zupełnie nie przeszkadzało, gdyż nowa aura stworzyła inną atmosferę i scenerię w fiordach – tajemniczą i mroczną. Szczyty gór przysłonięte ciężkimi obłokami wydawały się jeszcze bardziej strome i zupełnie niedostępne. Z kolei zieleń porastająca brzegi układała się w ciemnozielone gobeliny niezwykle gęsto utkane. Nadejście frontu, poza dostarczeniem nam nowych wrażeń wizualnych, przyniosło także pomyśle wiatry, które postanowiliśmy wykorzystać na przepłynięcie do kolejnego, oddalonego o ponad 50 mil fiordu – Bradshaw Sound. Północny wiatr o sile ok. 25 węzłów pozwolił nam na komfortową i szybką żeglugę na południe.
Bradshow wraz z dwoma innymi fiordami tworzy jakby trójfiordland. Od północy wpływa się do niego poprzez Thompon Sound, a na południu łączy się z Doubtful Sound. Nazwę temu ostatniemu nadał James Cook, który napotkawszy silne wiatry wiejące do wnętrza fiordu, zwątpił czy kiedykolwiek uda mu się z niego wypłynąć. Po przepłynięciu przez Thompson Sound zakotwiczyliśmy nieopodal Mcdonell Island. Po rzuceniu kotwicy od razu wskoczyliśmy do pontonu i ruszyliśmy na poszukiwanie małż. Miały stanowić przynętę do klatki na homary, jak również odgrywać główną rolę podczas kolacji. W planach mieliśmy przyrządzenie risotto z małżami, pietruszką i koprem włoskim. Na szczęście małż na brzegu znaleźliśmy mnóstwo, więc starczyło zarówno na przynętę, jak i strawę dla żeglarzy. My także stajemy się ciągle pokarmem dla innych stworzeń, a mianowicie dla wszechobecnych w Fiordlandzie krwiopijnych muszek piaskowych. Jesteśmy już tak pogryzieni (Misio ma na każdej z dłoni ponad 60 ukąszeń), że czasem boimy się wyjść na pokład, gdy chmara tych małych szkodników czai się przy zejściówce. Ja poza kremami odstraszającymi, zaczęłam zawijać szczelnie głowę w chusty, uniemożliwiając muszkom zbliżenie się do mojej skóry. Michał też już nie chojraczy i poza chustką na głowie, nosi rękawiczki.
Wracając do naszych polowań, to jak się okazało na drugi dzień, menu przygotowane w klatce nie skusiło niestety żadnego homara, tylko rekina piaskowego. Po zjedzeniu wszystkich małż i ryb nałowionych przez Misia, biedak ugrzązł w klatce i nie mógł się wydostać. Wypuściliśmy go na wolność. Ale nie była to nasza jedyna przygoda z rekinkami w tym fiordzie. Michałowi wskoczył jeden na haczyk, podczas próby złowienia dorsza w Gear Arm przy ujściu Camelot River. Oba okazy były niewielkie. Ten złapany przez Misia był srebrzysty, a gość w klatce brunatno-brązowy. Nie na rekinki liczyliśmy w Fiordlandzie, ale inne okazy… Póki co homarów do naszej klatki nie udało nam się złapać, ale mieliśmy okazję je skosztować, dzięki uprzejmości załogi jednej z łódek wycieczkowych. Podpłynęli do nas w środę popołudniu i zapytali, czy nie chcemy może homarów. Jak mogliśmy odmówić? Wyciągnęli je z wody podczas nurkowania. Było to niezwykle miłe. Zapraszaliśmy ich do siebie, ale niestety spieszyli się do gości, którzy czekali na nich na łódce. Kompleks tych trzech fiordów jest drugim po Milford Sound odwiedzanym przez turystów. O wiele trudniej jest tu jednak dotrzeć i przybyszów jest tu bez porównania mniej.
Podczas pobytu w Bradshaw zrobiliśmy dwie wycieczki pontonem. Nie ma tutaj żadnych szlaków pieszych, a przez gęstwiny na lądzie nie da się spacerować. Trzeba by się pewnie uzbroić w duże maczety i może kilka metrów udało by się przejść. Pierwszą wyprawę pontonową zrobiliśmy do Precipice Cove (północnego ramienia fiordu). Chcieliśmy wpłynąć w rzekę, która ma tu ujście. Okazała się ona jednak zupełnie nieżeglowna i niedostępna z pontonu. Na mokrą wyprawę pieszą po śliskich głazach nie byliśmy przygotowani, więc zadowoliliśmy się widokami z pontonu i wróciliśmy na jacht. Kolejna próba wpłynięcia w rzekę zakończyła się sukcesem. Popłynęliśmy Katharsis do południowego ramienia – Gear Arm, a następnie pontonem w górę rzeki Camelot. Woda była tu krystalicznie czysta, a roślinność aż kapała bujnością do wody.
Przed opuszczeniem Bradshaw popłynęliśmy jeszcze w nasze sprawdzone małżowisko, gdzie nazbierałam wiadro tych morskich stworzeń na kolejną kolację. Tym razem przygotowaliśmy wersję tajską, zgodnie z przepisem z naszej nowej nowozelandzkiej książki kucharskiej.


Responses

  1. Paprotki super, ale muszki niespecjalnie. Szkoda że Hania musiała przejść na islam. Pozdrowienia


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: