Napisane przez: Hanuś | 2014/03/08

Ship Cove i Picton w Queen Charlotte Sound

Po spokojnej nocy w Ship Cove udaliśmy się na ląd. Znajduje się tam monument kapitana Cooka. Kiedy w listopadzie 1850 roku statek brytyjskiej admiralicji Acheron wpłynął do tej zatoki, Maorysi zaproponowali Drzewo Kapitana Cook’a, do którego przybysze mogli bezpiecznie zacumować okręt. Kilkanaście lat później, w 1906 roku zorganizowano z Blenheim wyprawę 600 osób, które chciały zobaczyć historyczne drzewo, do którego przywiązywał statki Cook podczas swoich postoi w Ship Cove (w 1770 roku okrętem Endeavour oraz Resolution dwukrotnie w 1773, następnie w 1774 oraz 1777). Nie udało się z całą pewnością zidentyfikować właściwego historycznie drzewa, niemniej piknik zorganizowany z tej okazji bardzo się udał. W jego wyniku powstała inicjatywa stworzenia Monumentu Kapitana Cook’a. Zbudowano go pod koniec 1912 roku, a oficjalnego odsłonięcia 11 lutego 1913 roku dokonał Lord Liverpool. W ceremonii brało udział ponad 2000 ludzi. Trudno mi sobie wyobrazić taki tłum na tej niewielkiej plaży. To historyczne miejsce upamiętniać ma przybycie Europejczyków, jak również przypominać o rdzennych mieszkańcach Aotearoa, jak swoją ojczyznę nazywają Maorysi. Stąd obok monumentu ustawiona jest rzeźba maoryska, a tablice informacyjne opisują historię Nowej Zelandii od przybycia na te tereny Polinezyjczyków i rozwój ich cywilizacji. Dopiero kolejne opisują wizyty Cooka i kolejnych Europejczyków.
Z plaży w Ship Cove prowadzi szlak pieszy do Endeavour Inlet. Nie mieliśmy czasu na czterogodzinną wędrówkę, gdyż na popołudnie chcieliśmy dopłynąć do Picton. Umówieni byliśmy już w marinie i nie chcieliśmy tego przekładać. Jednak zdecydowaliśmy się na podejście do pierwszego punktu widokowego. Tablica informacyjna na początku szlaku mówiła, że czeka nas 40 minutowa wyprawa w jedną stronę. Strome podejście dało nam niezły trening. Nagrodą, poza oczywistą satysfakcją z samego wejścia, były wspaniałe widoki.
W środę popołudniu dotarliśmy do Picton. Szef mariny usłyszawszy o naszych rozdartych żaglach polecił nam dobrego fachowca. W czwartek rano żaglomistrz zameldował się na pokładzie. Zrobił na Mariuszu bardzo dobre wrażenie i dostał nasze żagle pod opiekę. Od razu zabraliśmy się za ich zrzucanie. Rozwinięcie genui i jej zrzucenie uniemożliwiała oderwana taśma ciasno zawinięta w górnej części żagla. Chłopacy musieli mnie wciągnąć do góry, żebym ją odplątała. Całą akcję przeprowadziliśmy sprawnie, co nie zawsze jest łatwe z ponad 200-kilowym żaglem o powierzchni 170 metrów kwadratowych. Wystarczyłby mocniejszy podmuch i moglibyśmy mieć problemy. Jednak wiatru było akurat niewiele i obeszło się bez żeglowania po marinie z keją przy burcie. Po chwili oba żagle leżały złożone na kei i gotowe do naprawy. Nasz żaglomistrz okazał się miłośnikiem wina, piwa oraz dobrego jedzenia. Wskazał nam, które winnice i browary jego zdaniem warto odwiedzić oraz gdzie można dobrze zjeść. Polecił nam także dobre miejsce na połowy paua. Sezon na przegrzebki w Marlborough Sounds już się niestety skończył.
Gdy sprawa żagli została załatwiona ruszyliśmy do miasteczka. Okazało się, że krótki spacer załatwił sprawę zwiedzania centrum Picton. Odwiedziliśmy muzeum poświęcone drewnianemu żaglowcowi Edwin Fox. Statek zwodowany w 1853 roku do 1950 roku pozostawał w służbie na morzu. Jego kadłub znajduje się obecnie w suchym doku i jest udostępniony dla zwiedzających. Niesamowite wrażenie robi wejście do jego wnętrza, szczególnie, gdy wcześniej w muzeum można dowiedzieć się ile osób i towarów przewożono na tej 48-metrowej fregacie.
Picton jest dosyć sennym miasteczkiem i bazą wypadową dla turystów, chcących zwiedzić Marlborough Sound. Swój początek ma tu kilka szlaków pieszych. Z tutejszego portu kursują taksówki wodne dowożące piechurów na rozsiane po okolicy trasy wędrowne (jak na przykład do Ship Cove) oraz statki wycieczkowe po Queen Charlotte Sound. Z Picton niedaleko także do Blenheim – mekki dla miłośników nowozelandzkich win. Wynajęliśmy samochód, by móc łatwo te ciekawe okolice zwiedzać. Jeszcze w czwartkowe popołudnie pojechaliśmy do Blenheim na rekonesans, a od piątku zaczęliśmy już zwiedzanie na całego. Dlatego też nie miałam czasu, żeby od razu coś napisać. A w ostatnich dniach nie mieliśmy z kolei zupełnie głowy do zajmowania się blogiem. Mariusz z przyczyn osobistych poleciał spotkać się z rodzicami. Na szczęście spływają do mnie dobre wiadomości i wkrótce powinien wrócić.
W związku ze zmianą planów i zawieszeniem rejsu Michał od razu przełożył sobie wylot i wcześniej poleciał do kraju. Od trzech dni jestem sama na Katharsis. W środę w nocy przeszedł silny sztorm nad Cook’iem i nawet w dobrze osłoniętej marinie w Picton wszystko aż drżało. Złowrogie wycie wiatru przypominało o sąsiedztwie tej niebezpiecznej i wietrznej cieśniny. Po przejściu frontu wypogodziło się i od czwartku mogę się cieszyć słoneczną pogodą. Pewnie nie potrwa to długo, ale na szczęście w Picton jesteśmy z Katharsis bezpieczne.


Responses

  1. Super miejsce i świetne zdjęcia 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: