Na południe do Zatoki Małgorzaty


Nasz tegoroczny rejs nie zakładał bicia rekordów, jednak Mariusz lubi stawiać sobie wyzwania. Podczas pierwszej wyprawy na Antarktydę w 2011 roku udało nam się dotrzeć do koła podbiegunowego. Tym razem chciał pożeglować dalej na południe – do Zatoki Małgorzaty i wpłynąć w nią tak głęboko, na ile pozwoli na to biała bariera lodu. Zatoka Małgorzaty jest najdalej na południe położonym żeglownym akwenem po zachodniej stronie Półwyspu Antarktycznego.
7 stycznia 2020 roku zostawiliśmy za rufą Szetlandy Południowe. Wykorzystując korzystny dla naszych planów silny północy wiatr obraliśmy kurs na południe wzdłuż Półwyspu Antarktycznego, a na zewnątrz Archipelagu Palmera. Białe noce i stosunkowo nieduża ilość lodu na Morzu Bellingshausena pozwalały początkowo na szybką żeglugę bez konieczności zwalniania. Dopiero po wpłynięciu poza koło podbiegunowe i minięciu lewą burtą Wyspy Adelaide białe majestatyczne góry lodowe i unoszące się na wodzie growlery wymusiły na nas zmniejszenie prędkości, by bezpiecznie móc wymijać przeszkody unoszące się na wodzie. Zatoka Małgorzaty była w znacznej części wolna od paku lodowego. Lód pojawił się dopiero w jej południowej części. Wraz z pojawieniem się paku lodowego zaczęła pogarszać się pogoda. Wiatr wzmógł się i zaczął padać rzęsisty deszcz. O ile silne podmuchy były dla nas jak najbardziej zrozumiałe w tym zakątku świata, tak smugi słodkiej wody, zupełnie nas zaskakiwały. Po długiej chwili deszcz zastąpiony został śniegiem i wszystko wróciło do normy. Mariusz postanowił płynąć dalej w głąb Cieśniny Jerzego VI, oddzielającej kontynent od Wyspy Aleksandra.
Aura nie zachęcała do wędrówki na południe. Nisko wiszące nad horyzontem chmury groziły, iż zasłonią widoki i utrudnią nam żeglugę. Mariusz jednak nie odpuszczał. Po minięciu Przylądka Jeremy’iego (69º24’S) zaczęły pojawiać się całe pola paku lodowego. Znaleźliśmy wolne kanały między nimi i popłynęliśmy dalej na południe osiągając 11 stycznia szerokość geograficzną 69º35’ S. Żeglować bardziej w głąb Cieśniny Jerzego VI się nie dało. Po dopłynięciu do lodu, którego zagęszczenie sięgało 100% i wyznaczało granicę naszej żeglugi na południe, zrzuciliśmy żagle i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie załogowe. Na chwilę szare chmury odsłoniły odrobinę krajobrazu i mogliśmy dostrzec majestatyczne szczyty na lądzie. Mariusz rozważał rzucenie na chwilę kotwicy i zejście na krę. Odnotowaliśmy po drodze kilka wypłyceń, które mogły pozwolić na krótki postój. Płynęliśmy na silniku wzdłuż białej granicy. Podczas zawracania nagle odezwał się alarm. Temperatura silnika wynosiła 120ºC. Byliśmy w lodowym potrzasku, otoczeni lodem z trzech stron. Zmuszeni byliśmy odstawić naszego niezawodnego jak dotąd „dieselgrota” i szybko postawić sztaksla.
Najprawdopodobniej przyczyną awarii był uszkodzony wirnik pompy wody morskiej układu chłodzenia. Jest to stosunkowo prosta do wykonania naprawa, jednak wymagająca zupełnego wyłączenia silnika na czas prac. Mariusz nie chciał by Tomek z Wieśkiem zabierali się za naprawę, gdy znajdowaliśmy się w pobliżu lodu, przy silnym wietrze i z ograniczoną manewrowością. Musieliśmy znaleźć względnie bezpieczne miejsce na usunięcie usterki. Wiatr tężał i warunki stawały się coraz trudniejsze. Kilkanaście mil na północ od nas była niewielka wyspa, przy której znajdowało się wypłycenie pozwalające rzucić kotwicę. To miejsce wyglądało na najbezpieczniejsze awaryjne kotwicowisko. Po odstawieniu silnika rozpoczęliśmy slalom między lodem. Przez kilka godzin halsowaliśmy pod wiatr, by w końcu rzucić kotwicę przy niewielkim kawałku skały – Isle Polvora. Awaria została sprawnie usunięta i mogliśmy wznowić podróż. Żegluga na północ wzdłuż Cape Jeremy należała do niezwykle męczących i stresujących. Silny północy wiatr wytworzył strome fale przy jego brzegach, na których unosiły się duże ilości lodu. Taki slalom w 35-węzłowym wietrze wymagał dużego wysiłku za sterem i skupienia wszystkich zmysłów. Po nocnych wachtach mieliśmy zakwasy jak po jakimś niezłym treningu na siłowni.
Po wyczerpujących kilku dniach żeglugi 12 stycznia zakotwiczyliśmy w uroczym zakątku Zatoki Małgorzaty przy Wyspie Stonington. Miejsce to opisane jest w antarktycznej locji jako bezpieczne. Na wyspie znajdują się pozostałości dwóch baz – brytyjskiej i amerykańskiej, które zwiedziliśmy następnego dnia. Po dopłynięciu i bezpiecznym zakotwiczeniu zabraliśmy się za przygotowanie kolacji urodzinowej dla Basi i Tomka. Przyszło nam świętować w niezwykle pięknych okolicznościach przyrody. Za oknem widzieliśmy strzeliste czarne góry kontynentu, ściany lodowców oraz unoszące się na wodzie duże ilości lodu, tworzące niepowtarzalną scenerię. Prądy morskie wciąż wprawiały góry lodowe w ruch powodując, że krajobraz nieustannie zmieniał się i można było godzinami wpatrywać się w horyzont. Niestety wymagało to także sporej czujności na wachtach kotwicznych, gdyż płynący z prądem lód, czasem nawet sporych rozmiarów, próbował zatrzymać się na burcie lub łańcuchu kotwicznym Katharsis II.
Przy Wyspie Stonington mieliśmy okazję podglądać wylegujące się na górach lodowych i krach foki Weddella. Słoneczna aura jaka zawitała po kilku pochmurnych i deszczowych dniach była dla nich, jak i dla nas, okazją do wygrzania się w ciepłych promieniach. Piotrek z Basią i Tomkiem wykorzystali spokojny czas na nurkowanie. Woda okazała się dość mętna i zielonkawa, ale nie brakowało podwodnego kolorowego życia. Przepływające koło burty Katharsis II góry lodowe Piotrek złapał w kadr, dzięki czemu można zobaczyć jaka niewielka część lodu wystaje ponad powierzchnię, a jaka jego masa skrywa się pod taflą wody. Proporcje te są znane, jednak same liczby nie dają takiego wyobrażenia jak zdjęcia Piotra.
Będąc w Antarktyce zejście na ląd wiąże się często z odwiedzaniem wysp, które nie chronią tak walecznie swoich brzegów barierą lodu jak kontynent. W okolicach Przylądkach Lanusse oddalonego o niecałe 2 mile morskie od naszego kotwicowiska przy Stonington Island wypatrzeliśmy kamienistą plażę. Była to doskonała okazja do zdobycia kontynentu Antarktycznego. Każdy z załogantów Katharsis II stanął na Antarktydzie!
Okolice Stonington Island były tak magiczne, że aż żal było opuszczać to przepiękne miejsce. Ponownie czuliśmy się, jak odkrywcy, a nie turyści. Przez kilka dni nie spotkaliśmy innego jachtu czy statku. Wpisów w księdze gości odwiedzających historyczne bazy było niewiele, w poprzednim roku zaledwie jeden. Jednak zbliżało się kolejne załamanie pogody, a chcieliśmy jeszcze w Zatoce Małgorzaty odwiedzić jedno miejsce – Horseshoe Island. Tutaj także swoją bazę mieli Brytyjczycy w XX w.
Przemierzając Zatokę Małgorzaty mijaliśmy całe mnóstwo majestatycznych gór lodowych, na których wypatrzeć było można stada pingwinów Adelie. Okolice Wyspy Horseshoe były gęsto otoczone lodem. Baliśmy się, czy uda nam się tutaj zakotwiczyć. Na szczęście nie było wiatru i mogliśmy zatrzymać się na jedną noc wśród białych rzeźb. Wachty kotwiczne znowu były bardzo czujne i wymagały pracy na tyczkach przy odpychaniu lodu. Nie przedłużaliśmy postoju, gdyż nadchodząca zmiana pogody i silne wiatry mogły uwięzić nas w tej lodowej krainie. Część ekipy zeszła na ląd, żeby zwiedzić bazę Y (jak nazywają ją Brytyjczycy), a Basia z Piotrem zanurkowali przy górze lodowej, która postanowiła zaparkować tuż przy naszej burcie.
Po raz kolejny odezwał się do nas silnik, tym razem odmawiając całkowicie współpracy. To było pokłosie generalnego przeglądu silnika w Nowej Zelandii. Totalna fuszera. Silnik, który nigdy nas nie zawiódł podczas swojej dziesięcioletniej pracy postanowił dać nam się we znaki nie gdzie indziej, tylko w miejscu, w którym od jego poprawnej pracy zależeć może nasze życie. Tym razem wyciek oleju zablokował przekaźnik w elektrycznym układzie rozrusznika w momencie, kiedy napierała na nas góra lodowa i chcieliśmy podnieść kotwicę, by oddalić się w bezpieczniejsze miejsce. Większość rur i podzespołów silnika była źle dokręcona, co skutkowało wyciekiem zarówno oleju, jak i płynu chłodzącego. Awarie wpisane są w życie podczas żeglugi i zawsze udaje nam się je usunąć. Nie ma się więc co zbytnio na ten temat rozpisywać, ale krew człowieka zalewa, gdy tak zwani fachowcy robią więcej szkód niż pożytku.
Czas było wracać na północ, by spędzić nieco czasu w okolicach Półwyspu Antarktycznego. Lód zalegający w cieśninie między Wyspą Adelaide a kontynentem wymusił na nas ponownie żeglugę Morzem Bellinghausena. Kolejnym kotwicowiskiem miały być oddalone o dwa dni drogi Wyspy Argentyńskie.

Kategorie:Antarktyda, Nurkowanie

1 komentarz

  1. Czytam Wasz blog niemal na bieżąco i biję się z myślami czy czytać dalej, bo… coraz bardziej zazdroszczę. Jak tak dalej pójdzie kompletnie zzielenieję!
    Szczęka mi też cokolwiek opada z podziwu!
    Piękna przygoda, fantastyczny sposób na życie.
    Och!

    Czytać będę.
    A spotkania jakieś z tzw. general public po powrocie będą?

    Najlepiej w Krakowie :), z którego pozdrawiam najserdeczniej1

    Basia M

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: