Port Charcot – taki nie całkiem szary kot


Z zatoki Małgorzaty pożeglowaliśmy na północ w stronę Archipelagu Palmera. Płynąc wzdłuż Wyspy Adelajdy mogliśmy podziwiać jej skute w lodach białe brzegi. Mapy lodowe wskazywały, iż na północ od Wyspy Adelajdy woda jest stosunkowo wolna od lodu, więc postanowiliśmy płynąć cieśninami przy Półwyspie Antarktycznym i zatrzymać się w drodze przy Fish Islands. Niestety wejście do cieśnin zajęte było białymi przeszkodami – zarówno gruzem lodowym, jak i dużymi bryłami, a nawet wielkimi górami. 

Ciągle nie mieliśmy do końca rozwiązany problem z przegrzewającym się silnikiem, który potrafił pracować przez kilka godzin bez zająknięcia, by ni z tego ni z owego przegrzać się. Zrezygnowaliśmy więc z przebijania się przez lody i popłynęliśmy zewnętrzną stroną, czyli otwartym Morzem Bellingshausena. Prognoza pogody zapowiadała wietrzną i pochmurną pogodę. Bardzo nas to martwiło, gdyż płynęliśmy w okolice Lemaire Channel, który uważany jest za jeden z najbardziej malowniczych krajobrazów w tym rejonie. Przepływając przez ten kanał w 2011 roku widzieliśmy jedynie mgłę i zacinający śnieg. Prognoza zapowiadała, że po raz kolejny nie będzie nam dane zobaczyć tego uroczego miejsca. Na szczęście układ, który miał napłynąć z zachodu nie dotarł do Półwyspu Antarktycznego i wpływając w Lemaire Channel mieliśmy przepiękną, słoneczną, bezwietrzną aurę z przejrzystym powietrzem, czyli wymarzone warunki do podziwiania krajobrazów.

Na miejsce postoju Mariusz wybrał Port Charcot przy Booth Island. Nazywanie tego miejsca portem nie jest przesadą, gdyż można tu zakotwiczyć jak w najbezpieczniejszym porcie. Wpływa się rufą w wąską zatokę z dziobu rzucając kotwicę, a z burt do brzegów rozciągając cumy. Stanęliśmy na tzw. „pająka”. Postój był tak bezpieczny, że po raz pierwszy od kilku tygodni wszyscy mogliśmy przespać całą noc, gdyż nie było konieczności trzymania wacht kotwicznych. Pod kilem mieliśmy zaledwie kilka metrów, więc nie groziła nam kolizja z górami lodowymi. Mogły tu wpłynąć tylko niewielkie growlery. Miejsce okazało się obłędnie piękne. Otaczały nas skały na których mieszkały całe stada pingwinów białobrewych. W drugim planie widzieliśmy strzeliste szczyty Booth Island, a przed dziobem podziwiać mogliśmy białe brzegi Wyspy Antwerpia.

Podczas postoju w Port Charcot, który przemianowaliśmy na Port Szarego Kota, świętowaliśmy urodziny kapitana. Zaczęliśmy dzień tradycyjnie od uroczystego śniadania. W ramach urodzinowej atrakcji postanowiliśmy z Mariuszem po raz pierwszy zanurkować przy górze lodowej. Wybrała się z nami także Basia, a Piotr szukał życia przy dnie polując z aparatem na rozgwiazdy, ślimaki i inne urocze organizmy. Popłynęliśmy pontonem pod górę lodową, która zaparkowała w zatoce niedaleko naszego jachtu. Najpierw opłynęliśmy ją dookoła, a następnie wybraliśmy miejsce do nurkowania, które wyglądało najbezpieczniej. Postanowiliśmy zejść przy ścianie do ostrogi góry, która sięgała wg. sondy naszego pontonu do 13 metrów. Cała góra osiadła na 35 metrach. Nasz plan zakładał zejście jedynie na kilkanaście metrów i przyjrzenie się lodowej masie pod wodą. Marzyłam o tym już od kilku lat. Było to niezwykle emocjonujące. Nurkowanie przy górze lodowej może być niebezpieczne, gdyż może mieć ona załomy, groty i kanały pod wodą, w których można się zgubić. Dlatego my zamierzaliśmy zejść tylko przy ścianie bez żadnego zwiedzania jej wnętrza. Popłynęliśmy wzdłuż ściany podziwiając strukturę lodu. Wciąż dotykałam lodu i przyglądałam mu się nie mogąc nadziwić się jego pięknu. W pewnym momencie zorientowałam się, że woda robi się mętna i jakby bardziej gęsta. Oznaczało to, że musieliśmy wpłynąć pod załom lodu. Porozumieliśmy się z Mariuszem bez problemu i postanowiliśmy od razu zawrócić. Basia była na szczęście blisko nas, więc sprawnie cofnęliśmy się tą samą drogą. Płynąc wzdłuż ściany zauważyliśmy kawałki skały powbijane w lód. Wyglądały surrealistycznie. Gdy tak przyglądaliśmy się im jeden ze sporych kawałków akurat oderwał się. Widzieliśmy jak powoli spada na dno. Nie chciałabym oberwać takim głazem w głowę. Ależ było wrażeń podczas tego jednego zejścia pod wodę. Po wynurzeniu opowiadałam Doktore, który zapewniał nam asystę na pontonie, jakie to było niesamowite zejście pod wodę i że moment wpłynięcia pod nawis był dość ekscytujący. Na co Doktore odpowiedział mi, że dla niego było to nie mniej emocjonujące przeżycie, gdy śledził unoszące się na wodzie trzy okręgi bąbli i nagle mu one zniknęły. Byliśmy wszyscy przemarznięci, szczególnie Mariusz, któremu przemokła rękawica od suchego skafandra. Po nurkowaniu zauważyliśmy, że pomiędzy jachtem a naszą górą lodową na krze wyleguje się lampart morski. Dobrze, że nie zdecydował się na kąpiel jak byliśmy pod wodą, bo pływanie z tym drapieżnikiem mogłoby być dopiero emocjonującym przeżyciem.

Kolacja musiała się sporo opóźnić, a to za sprawą przeglądu systemu chłodzenia silnika, który Tomek z Wiesiem postanowili zrobić wykorzystując bezpieczny i spokojny postój. Do urodzinowych steków usiedliśmy dopiero po 22., ale i tak starczyło sił na tort i tańce do rana. 

Kategorie:Antarktyda, Nurkowanie, Ocean Południowy

2 komentarze

  1. Świat jest pełen niesprawiedliwości!Szczerze mnie skręca jak patrzę na Wasze foty i relację.
    Wszystkiego najlepszego dla Kapitana 🙂

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: