Napisane przez: Hanuś | 2012/06/18

Do Newport z nową załogą

Po sobotnich hucznych uroczystościach rozpoczęcia sezonu w Polskim Klubie Żeglarskim czas było opuścić Nowy Jorku i pożeglować na dawno już zaplanowany przegląd łódki w Newport. Jeden z klubowiczów – Krzysiek Rzamek proponował, że przyjedzie po nas około 8 rano i zabierze nas jeszcze na krótki spacer po Central Parku. To ciągle pozostawało na mojej nowojorskiej liście. Nie zdecydowaliśmy się jednak, gdyż mieliśmy zaplanowaną wizytę dzieciaków z klubu, które rozpoczynały tegoroczne zajęcia na wodzie w tą właśnie niedzielę. Poza tym tak wczesna godzina po sobotnich balach brzmiała dość przerażająco… W niedzielę na Barce był spory ruch, toteż żegnało nas sporo osób. Cumy oddaliśmy tuż przed 1500 i 27 maja zakończyliśmy naszą wizytę w Gateway Marina na Brooklynie.
W krótki rejs, zalednie 170 milowy popłynęliśmy we wzmocnionym składzie. Dołączyło do nas trzech uczestników tegorocznego kursu żeglarskiego, a mianowicie Aśka, Marek i Mariusz. Aśka zauroczyła się Katharsis podczas imprezy rozpoczęcia sezonu i jeszcze wieczorem zapytała Mariusza, czy nie mogłaby na ten krótki odcinek dołączyć do naszej ekipy. Z torbą mrożonych, wcześniej przez siebie ulepionych pierogów Gaździna stawiła się w niedzielę przy burcie Katharsis. Pseudonim nadał jej Tomek, gdy okazało się, że Aśka pochodzi z Nowego Targu. Marek z kolei w niedzielę wybierał się w okolice Newport – na Cape Cod, by odwiedzić mieszkającą tam siostrę Ewę. Przy lampce czerwonego wina powstał pomysł, że zamast jechać trzy godziny samochodeem z Nowego Jorku popłynie z nami, a siostra przyjedzie do Newport i spotkają się na pokładzie Katharsis. I tak też się stało. Dołączył do nas, przywożąc skrzynkę organicznego wina i innych zdrowych produktów. Marek od początku naszego pobytu w Nowym Jorku wspierał nas pomocą Dzięki niemu mieliśmy w ogóle dostęp do Internetu. Najpierw za sprawą jego laptopa, który zostawił nam na parę dni, a potem (aż do teraz) dzięki sprytnej zabawce, którą zainstalowaliśmy na naszym komputerze i którą odeślemu po opuszczeniu USA. Marek przywióźł nam któregoś dnia wielką szynkę z ekologicznej farmy (jak się można domyślić przez te wszystkie eko-produkty dostał uroczy pseudonim Organic, nadany mu przez Gaździnę). Trzeci nowy załogant Mariusz, dołączył do nas w niedzielę. Był to zupełnie spontaniczny pomysł jego żony Beaty, która prowadzi w klubie zajęcia z żeglarstwa. Max (pseudonim ułatwiający komunikowanie z Amerykanami, dla których imię Mariusz stanowi dużą łamigłówkę językową) przyjechał w niedzielę na kurs żeglarskich z zamiarem wrócenia popołudniu z rodziną do domu, a wylądował w naszej załodze.
Mariusz zaplanował trasę wzdłuż Manhattanu, East River i północnym brzegiem Long Island. Wciąż mieliśmy zalegle oglądanie Manhattanu i Statuy Wolności z wody. Gdy wypływaliśmy z Brooklynu była słoneczna pogoda, ale szybko widoczność zaczęła się pogarszać. Baliśmy się, że pogoda ponownie spłata nam figla, jak prawie przez cały nasz pobyt w Nowym Jorku i niewiele zobaczymy, ale na szczęście gęste mgły nadeszły dopiero w nocy. W popołudniowym świetle udało nam się złapać kilka ujęć Manhattanu i Nowy Jork zostawiliśmy za rufą już po zmierzchu.
Niestety nie udało się poszaleć na żaglach, gdyż była bezwietrzna pogoda. Za to przećwiczyliśmy z naszymi nowymi załogantami pływanie we mgle gęstej jak mleko. Marek czuwał na wachcie z Mariuszem, Aśka z Tomkiem, a ja z Maxem. Ale tak na prawdę prawie cała trójka kursantów dzielnie stała na stanowiskach przez całą noc! Tomek, któremu udało się z polskiej dzielnicy odnaleźć śledzie, marzył o ich zjedzeniu. Mariusz i ja nie jesteśmy „śledziowymi potworami“, więc nie miał w nas sojuszników. Gaździna natomiast zdradziła, że ma świetny przepis na „śledzie po góralsku“, więc po wachcie, zamiast spać, rozpoczęła zmianę w kambuzie. Tej nocy (już raczej nad ranem) powstały śledzie na trzy sposoby. Muszę przyznać, że nie jadam śledzi, ale te przygotowane przez naszą Gaździnę smakowały wyśmienicie, a dodatkowego uroku dodawało spożywanie ich o 0500 nad ranem w porannej mgle. Takich śledzi się nie zapomina!!!
Do Newport dopłynęliśmy w poniedziałek w południe. Na szczęście tuż przed naszym celem poprawiła się widoczność, mgły podniosły się i można było zobaczyć coś więcej niż tylko dziób łódki. Pogoda dopisała i cały następny dzień spędziliśmy razem na pokładzie. Dołączyła do nas siostra Marka Ewa z mężem Ryszardem i synkiem Lucą. Poza takimi atrakcjami jak klarowanie łódki (he he…) nasi nowi załoganci zaliczyli zwiedzanie najwyżej położonego punktu na jachcie. Tomek wciągnął po kolei wszystkich na sam top masztu. Prowodyrką była oczywiście Gaździna, która latała na szybowcach i wysokości jej nie straszne. Marek zrobił na górze kilka świetnych zdjęć. Wieczorem z żalem się wszyscy żegnaliśmy, ale nam czas było brać sie za przegląd łódki, a nasza nowa załoga miała w Nowym Jorku swoje obowiązki.


Responses

  1. Haniu !Marusz i Tomcio
    dziekujemy bardzo jeszcze raz fantastycznny rejs , bylo super szkoda ze tak krotko ale cieszymy sie bardzo ze moglismy tak wspaniala zaloge Katharsis II poznac,polecamy sie na przyszlosc 🙂
    jestesmy z wami czytajac waszego bloga , zyczymy wam powodzenia w spenieniu waszych marzen ,przeplynieciu morz i oceanow, zwiedzenia naskrytszych zakatkow swiata
    stopy wody……Gazdzinka


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: