Wyspa Wielkanocna – powrót po 9 latach


Płynąc z Gambier na Patagonię, poza krótkimi postojami przy Pitcairn i Henderson, zatrzymaliśmy się na kilka dni przy Wyspie Wielkanocnej. Dla Mariusza i dla mnie był to sentymentalny powrót w to niezwykłe miejsce, a dla Olki, Basi i Tomka odkrywanie nowego oraz miła niespodzianka. Ustalając trasę rejsu Mariusz miał w głowie plan, żeby tu zawitać, jednak nie mówił o tym reszcie ekipy, żeby nie zapeszać. Wyspa Wielkanocna kusiła, ale z drugiej strony czas nas gonił, by dotrzeć na 3 grudnia do Puerto Natales w chilijskiej Patagonii. Wszystko zależało od pogody…

16 listopada 2019 roku rzuciliśmy kotwicę przy Hanga Roa na Wyspie Wielkanocnej. Po 9 latach Katharsis II wróciła w to magiczne miejsce. Wiedząc, że w Chile wszelkie formalności i oficjalne kwestie są bardzo ważne, zanim zeszliśmy na ląd, czekaliśmy na zgodę Marynarki Wojennej, czyli chilijskiej Armada. Na pokładzie Katharsis II stawiło się 6 oficjeli – przedstawiciele marynarki wojennej, urzędu celnego, ministerstwa środowiska. Zastanawiałam się, czy to wymóg Chilijczyków, by była to tak liczna grupa, czy może ciekawość i chęć odwiedzenia przypływającego jachtu. Ale możliwe, że jednak stanowiliśmy atrakcję, gdyż wszyscy chętnie robili zdjęcia jachtu i nam. Atmosfera była niezwykle miła i wszystkie formalności załatwiliśmy bardzo sprawnie. Jeszcze tego samego popołudnia chcieliśmy ruszyć na ląd. Niestety w czasie płynięcia z Henderson rozładował nam się akumulator w naszym pontonie i pechowo zapasowy także był martwy. Musieliśmy uzbroić się w cierpliwość i pierwszego dnia podziwiać moai jedynie z pokładu Katharsis II.

Noc na kotwicy nie należała do spokojnych. Co prawda nie wiało zbyt mocno, a kotwica świetnie trzymała, ale od oceanu wchodziły do zatoki bardzo długie fale, która miotały nami na boki, próbując zrzucić z koi i poprzewracać wszystko pod pokładem. Stabilniej i wygodniej było na pełnym oceanie w czasie silnego wiatru, niż tej nocy na kotwicy. Rano wstałam wymęczona, zamiast wypoczęta po postoju przy lądzie. Jak się później okazało, cały nasz pobyt przy Wyspie Wielkanocnej można określić jako „rodeo na kotwicy”.

Listopad nie jest to szczyt sezonu turystycznego na Wyspie Wielkanocnej i od ręki udało nam się wynająć samochód. Poprzednim razem zwiedzaliśmy wyspę z perspektywy skuterów, jednak tym razem nasza ekipa nie podjęła wyzwania i zdecydowaliśmy się na samochodowy rajd.

Po wylądowaniu w porcie wiele rzeczy wyglądało tak samo jak przed 9 laty – zacumowane łodzie rybackie, centra nurkowe przy nabrzeżu, lodziarnia i mała restauracyjka. Jednak po dojściu do głównej ulicy zauważyliśmy, iż Hanga Roa bardzo się zmieniła – powstało całe mnóstwo nowych knajp, sklepów, hoteli, wypożyczalni samochodów i agencji turystycznych. Na szczęście miła atmosfera i sympatyczni ludzi pozostali ci sami.

Dopływając do Wyspy Wielkanocnej nie szukaliśmy specjalnie informacji turystycznych, gdyż pamiętaliśmy co warto zobaczyć.

Nasze relacje z poprzedniego pobytu:

https://katharsis2.com/2010/12/26/sladami-tajemniczych-posagow/

https://katharsis2.com/2010/12/26/wyprawa-na-rano-kau-i-orongo/

Po dojechaniu do pierwszego wybranego przez nas miejsca – Orongo, okazało się, że zmieniły się zasady zwiedzania. Parę lat temu kupowało się przed wejściem do Orongo bilet wstępu, a resztę miejsc kultu, poza jeszcze Rano Raruku, odwiedzało się bez opłat. Nie było żadnych bramek i strażników. Teraz praktycznie cała wyspa jest parkiem narodowym i konieczne jest wykupienie 10-dniowego biletu (za $100), który umożliwia oglądanie wszystkich ważnych moai oraz Orongo i Rano Raraku. Większość turystów dociera na Wyspę Wielkanocną samolotem i od razu na lotnisku zostają poinformowani o konieczności kupienia wejściówek, które z resztą sprzedawane są jeszcze na hali przylotów. Drugim miejscem jest biuro ministerstwa (nie pamiętam jakiego). Była niedziela, dlatego zdecydowaliśmy się pojechać na lotnisko. Tam jednak wszystko było pozamykane. Port lotniczy Hanga Roa funkcjonuje jedynie, gdy przylatuje lub odlatuje samolot, co jest tak naprawdę bardzo sensowne. Nie chcieliśmy tracić całej niedzieli, więc pojechaliśmy na Ahu Akivi – miejsce kultu, gdzie stoją najstarsze posągi moai, przedstawiające pierwszych Polinezyjczyków, którzy dotarli na wyspę. Na drodze dojazdowej, która jeszcze 9 lat temu była utwardzoną ścieżką polną, a teraz asfaltową szosą, zatrzymali nas strażnicy parku narodowego. Na szczęście trafiliśmy na bardzo sympatycznych panów, których Tomek przekonał, by nas wpuszcili, a my bilety kupimy w poniedziałek jak będzie otwarte biuro. Nie chcieliśmy ryzykować, iż w kolejnych miejscach nie pójdą nam tak na rękę, więc wróciliśmy na jacht i popołudnie wykorzystaliśmy na nurkowanie. Poprzednim razem nurkowaliśmy w jaskiniach z lokalnym centrum nurkowym oraz z pokładu Katharsis II w poszukiwaniu zatopionego posągu moai. Nurkowy wpis sprzed lat:

https://katharsis2.com/2010/12/26/podwodny-swiat-wyspy-wielkanocnej/).

Tym razem woda była również niezwykle przejrzysta, co sprawdziłam zaraz po dopłynięciu. Wskoczyłam do wody z maską i rurką, żeby zobaczyć, jak wygląda sytuacja pod wodą – czy kotwica dobrze jest rzucona i czy nie zahaczyliśmy czasem o głowę koralowca. Pod wodę zeszłyśmy w babskim zestawie – Basia, Ola i ja. Mariusz z Tomkiem asystowali nam na pontonie. Moai odnalazłyśmy po kilku minutach walki z prądem. Zatopiony posąg nadal leży majestatycznie oparty o skałę, z tą różnicą, że zamieszkało na nim na stałe więcej koralowców.

Kolejny dzień zaczęliśmy od odnalezienia odpowiedniego biura i zakupienia biletów, by bez problemu ruszyć na podbój Wyspy Wielkanocnej, z jej niesamowitymi posągami i niepowtarzalnymi krajobrazami. Był to wspaniały dzień, pełen wspomnień i nowych doznań. Moai robiły na mnie tak samo piorunujące wrażenie jak przed laty. Kolory wody, ziemi i roślinności są tam wyjątkowe. Ach, ja po prostu uwielbiam to miejsce!

Tym razem nie pojechaliśmy z Mariuszem na wschód słońca przy Tongariki – grupie 15 największych moai. Postanowiliśmy zachować sobie wspomnienia poranka sprzed lat. Za to namówiliśmy Baśke i Olkę, które jeszcze przed świtem odwieźliśmy pontonem do portu. Była to całkiem ekstremalna przejażdżka. O 6 rano przypadało na niską wodę, więc wpłyniecie przez płytkie wejście przy wysokiej fali przybojowej po ciemku przypominało serfowanie na pontonie z zamkniętymi oczami. W drodze powrotnej siedziałam na dziobie pontonu i wypatrywałam wypiętrzające się fale i ostrzegałam Mariusz, gdyż on zza koła sterowego widział przed dziobem ciemność. Na szczęście obeszło się bez żadnej awarii, a dziewczyny przeżyły wspaniały wschód słońca! Można powiedzieć, że główne atrakcje Wyspy Wielkanocnej w telegraficznym skrócie zaliczyliśmy.

Wspomnienie naszego wschodu przy Tongariki:

https://katharsis2.com/2010/12/26/wschod-slonca-przy-tongariki/

Kategorie:Chile, Nurkowanie, Ocean Spokojny, Pacyfik

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: